x

Komu tarcza nie wystarcza?

Kategoria: Koronawirus - Aktualności    19.03.2021

Premier zapewnia o 200 mld zł publicznej pomocy dla gastronomii. A co mówią sami zainteresowani? Czy warto stosować prawne wybiegi, otwierając lokal mimo zakazów? Jakie kary grożą restauratorom ze strony sanepidu? Ile trwają postępowania przed sądami i jak walczyć o odszkodowanie od skarbu państwa?

Fot. Shutterstock.com
Fot. Shutterstock.com
Premier Mateusz Morawiecki przyznaje, że gastronomia jest jedną z najbardziej poszkodowanych lockdownem branż. Jednocześnie podkreśla, że restauratorzy otrzymali już od rządu 200 mld zł, czyli równowartość połowy rocznego budżetu Polski. 
Jak to wygląda w praktyce z punktu widzenia ludzi branży?  

TO INDYWIDUALNA SPRAWA
– Wszystko zależy od tego, czy lokal opiera się na pracownikach zatrudnionych na umowę o pracę, czy powstał ze środków własnych, czy z pomocą kredytu i leasingów – mówi Ewa „Malika” Szyc-Juchnowicz, właścicielka restauracji Malika w Gdyni oraz Machina Eats & Beats w Gdańsku. 

– Obie restauracje opierają się na jednoosobowej działalności mojej firmy i jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że wystarcza mi pomoc, którą otrzymałam. Ale ja nie korzystam z usług menedżera, sommeliera i innych osób, które teraz generowałyby kolejne „koszty”. Udało mi się zachować cały zespół. Wypłacam pracownikom pensje podstawowe, ale wiem, że w innych lokalach kończy się to zwalnianiem ludzi. 

„Malika” podkreśla, że skorzystała ze wszystkich form pomocy, jakie państwo proponowało. 

– Były to dopłaty z urzędu pracy i urzędu wojewódzkiego oraz przelewy z pierwszego i drugiego PFR-u [tarcze finansowe Polskiego Funduszu Rozwoju – przyp. red.]. To nie znaczy, że nie musiałam użyć środków własnych, bo moje oszczędności też poszły w ruch – tłumaczy Szyc-Juchnowicz. 

POMOC PRZYCHODZI Z OPÓŹNIENIEM
– Największy problem z rządową pomocą jest taki, że przychodzi niejako po czasie – zauważa „Malika”. 

– Przy pierwszym lockdownie dostaliśmy pomoc. Opóźnioną, ale jednak – opowiada Tomasz Kwiek, właściciel restauracji U Trzech Braci w Cieszynie. 

– To było 5 tys. zł na firmę i 2 tys. zł na coś jeszcze. Szczerze mówiąc, nie pamiętam konkretnych kwot, bo tarcza to niespecjalnie wielka pomoc. To już bardziej PFR 1.0 pozwolił zniwelować straty z pierwszego lockdownu. Natomiast przy drugim lockdownie do lutego nie dostaliśmy nic. 

Na opóźnienia pomocowych wypłat zwraca też uwagę Daniel Pawełek, prowadzący warszawskie restauracje zrzeszone w Ferment Group. 

– Bardzo długie jest to przesunięcie w czasie. Teraz czekamy na drugi PFR. Jest też dosyć dziwna sytuacja z ZUS-em, bo pracownicy nie pracują od połowy października, a z tego, co rozumiem, ZUS zmusza ich do płacenia składek. Rząd swoje, a ZUS swoje. Na razie mnóstwo restauratorów jest potwornie zadłużonych wobec właścicieli budynków, mają do spłacania leasingi i inne zobowiązania – mówi Daniel Pawełek. 

Sprzedaż posiłków na wynos nie rozwiązuje problemu. 

– To tylko udawanie, że się pracuje. Dla lokali, które wcześniej nie robiły „wynosów”, to są pojedyncze strzały przy okazji świąt czy większych wydarzeń, a poza tym to jedynie setki złotych dzienne, co nie wystarcza na pokrycie czegokolwiek. Czekamy więc od połowy października, bo na razie mamy bardzo dużo... obietnic – kończy Daniel Pawełek. 

A czas jest tu kluczowy. 

– Od zamknięcia restauracji minął kwartał, zanim zaczęliśmy dostawać pieniądze. Byłam już na granicy płynności finansowej – wspomina „Malika”. 

– Teraz jestem zabezpieczona na dwa miesiące do przodu. Gdybym nie otrzymała pomocy, pewnie musiałabym otworzyć restaurację wbrew zakazom, tak jak robią to inni – dodaje. 

KTO NIE KORZYSTA Z TARCZ?
„Malika” zauważa, że rządowe wsparcie podlega ścisłym rozliczeniom.
– A tych każdy się boi, bo urzędnicy nie przyjmą wyjaśnienia, że pieniądze wydaliśmy na firmę, tylko pewnie będą to skrupulatnie sprawdzać. Trzeba mieć wszystkie rachunki i rozliczenia, a to wymaga dużej staranności. Dlatego niektórzy boją się sięgać po tę pomoc, bo wiadomo, że nikt nie lubi kontroli – wyjaśnia szefowa kuchni. Według restauratorów rządowa pomoc może okazać się niewystarczająca. 

– U Trzech Braci to mały lokal na osiem stolików, przy których może zasiąść dwadzieścia parę osób. Ale nawet w tak niewielkiej restauracji opłata za prąd wynosi kilka tysięcy złotych miesięcznie, a za gaz kolejne kilka tysięcy. I w tym momencie można już o tych 5 tys. zł pomocy zapomnieć. A co właściciel firmy ma zjeść? Nie mówię, że musi się ubierać, ale z jedzenia, czynszu, opłat domowych nie da się zrezygnować. A pomoc z tarczy jest wyłącznie na pracowników. Właściciele są więc pozostawieni sami sobie – żali się Tomasz Kwiek. 

– Ale żeby być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że niektóre firmy otrzymały ładne sumy i znam właścicieli, którzy chodzą z uśmiechem na ustach, bo robić nie trzeba, a kasa leci – dodaje. Według Kwieka problemem tarczy jest jej „dziurawość”. 

– Są firmy, które nie dostały żadnej pomocy. My o nich mówimy „wykluczone i pominięte” – przyznaje Sławomir Grzyb, sekretarz generalny Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej. – To te, które nie posiadają właściwego numeru wiodącego PKD wymienionego w tarczy branżowej 6.0 albo powstały po 1 listopada 2019 r. i nie mają do czego odnieść swoich przychodów. A przecież takie firmy też mogą wyliczyć straty, choć nie jest to porównanie rok do roku. 

Jak wynika z szacunków IGGP, z pomocy finansowej rządu zostało wykluczonych 20 tys. restauratorów, a 150 tys. pracowników branży gastronomicznej straciło zatrudnienie. 

BUNT, PROTEST CZY DESPERACJA?
Ewa Szyc-Juchnowicz rozumie zbuntowanych przedsiębiorców zmuszonych do otwarcia lokalu wbrew zakazom, ale sama tego nie planuje.

– Ubiegając się o pomoc z PFR 2, zaznaczaliśmy, że w żadnym momencie nie działaliśmy wbrew zarządzeniu o zamknięciu lokali – mówi.

Najpierw protest wzniecili górale, którzy żyją z turystyki. Zamknięcie stoków, pensjonatów i restauracji uderzyło ich mocno po kieszeni. O góralskim wecie było głośno, a potem... ucichło. Dużo większą popularność zdobyła akcja #OtwieraMY. Powstała Interaktywna Mapa Wolnego Biznesu, a w sieci wiele poradników, jak zachowywać się w czasie kontroli policji i sanepidu. 

– Mówimy o buncie w skali 150-200 podmiotów, głównie w gastronomii, które zdecydowały się na otwarcie – mówiła pod koniec stycznia wiceminister Olga Semeniuk. IGGP szacuje, że do akcji #OtwieraMY przystąpiło nawet 1300 placówek gastronomicznych. Co więcej, inicjatywa cieszy się dużym wsparciem społecznym. Jak wynika z sondażu IBRiS dla „Business Insidera”, aż 69,6% ankietowanych popiera otwieranie się restauracji. A przy pytaniu sformułowanym „Gdyby to zależało od Pani/Pana...”, 33,4% respondentów odpowiada, że zdecydowanie by otworzyło lokal, a 39,1% – że raczej by go uruchomiło. 

– Nieprawdą jest, że przedsiębiorcy łamiący zakaz i otwierający lokale robią to w ramach buntu, protestu czy strajku. Oni otwierają lokale, bo nie mają żadnej pomocy ze strony państwa, a muszą zarobić na wynagrodzenia pracowników – tłumaczy Sławomir Grzyb zIGGP. 

Zgadza się z nim Tomasz Kwiek:
– Otworzyliśmy lokal, żeby ratować firmę. Gdyby nie to, dziś rozmawialibyśmy o upadku tego biznesu. Nie było już na co czekać i trzeba było otwierać – tłumaczy przedsiębiorca i dodaje: – Teraz przychodzi do nas dwa razy więcej klientów niż przed pandemią. Staliśmy się popularni przez to otwarcie. Obroty podskoczyły dwu-, a nawet trzykrotnie. Mamy żniwa, a inni restauratorzy dzwonią do nas z prośbą o poradę. 

KREATYWNE WYBIEGI RESTAURATORÓW
W otwartych lokalach standardem jest przyjmowanie płatności tylko w gotówce. Właściciele próbują też różnych, niekiedy bardzo kreatywnych wybiegów. Stołeczny multitap Piw Paw zamienił się w Warszawskie Muzeum Kapsli, w którym zwiedzający mogli uczestniczyć w interaktywnej instalacji zatytułowanej „Jak w czasach przedpandemicznych ludność miast i wsi spędzała wolny czas”. Goście otrzymywali rekwizyty, za które trzeba było zapłacić kaucję, gdyby uległy zniszczeniu. A że rekwizytem jest kufel z piwem... kaucja przepada.
W krakowskiej restauracji Tesone zamiast klientów przyjmowani są testerzy serwowanych dań zatrudniani na umowę o dzieło. Za test potrawy dostają wynagrodzenie 1 zł brutto.

– Problem w tym, że do tej pory nie znalazłem testera, który wykonał tę pracę w sposób mnie satysfakcjonujący – wyjaśnia właściciel. W lokalu Placek Wolności we Włocławku po wizycie sanepidu i policji oraz nakazie zamknięcia właściciele postanowili zrobić remont lokalu, ogłaszając w sieci, że poszukują fachowców. „Doświadczenie niewymagane, nauczymy cię malować ściany, skręcać krzesła itp. Oczywiście dla każdego pomagającego jest przerwa w trakcie pracy na posiłek”. 

– Ostatnio pewna pani z Jaworzna otworzyła księgarniokawiarnię – opowiada Tomasz Kwiek. – I znaleźli jej jednego klienta, który zakupioną w kawiarni kawę pił w księgarni. Sanepid wpisał to w protokół, a właścicielka zastanawia się, jak ma się bronić: czy tłumaczyć, że go tam nie było, czy że był wolontariuszem... Wszystkie te wybiegi mające na celu omijanie nielegalnego zakazu działalności są bez sensu. My przez dwa dni zatrudnialiśmy testerów jedzenia, ale w ten sposób człowiek pokazuje władzy, że uznaje te nielegalne przepisy – uważa Tomasz Kwiek. 

NALOTY SANEPIDU 
Rząd zakomunikował już, że przedsiębiorcy otwierający się mimo rozporządzeń zostaną pozbawieni prawa do pomocy od państwa, a MSWiA skieruje przeciw nim „wszystkie służby państwowe, na czele z sanepidem i policją”. Służby te nie mogą decydować, czy coś jest konstytucyjne, czy nie. Robią więc naloty i nakładają kary.

– Kiedy otworzyliśmy lokal, od razu tego samego dnia mieliśmy kontrolę policji. Potem nastąpił duży nalot z sanepidem. Prokuratura zleciła postępowanie z art. 165 kk, bo rząd zaczyna kombinować z artykułem o „sianiu zarazy”. Tyle że sama prokuratura nie wierzy, iż można komuś na tej podstawie postawić zarzuty. Jednak policjanci niemal codziennie przychodzą liczyć, ilu mamy klientów – opowiada Tomasz Kwiek. 

Są miejsca, które pracownicy sanepidu wizytują codziennie, jak choćby pewien zakopiański lokal, który kontrolowali osiem dni z rzędu. Ponieważ służby sanitarne mogą jednorazowo nałożyć karę do 30 tys. zł, grozi mu nawet 240 tys. zł grzywny. 

STRACH... URZĘDNIKÓW 
Do wojewódzkich sądów administracyjnych wpłynęło już ponad 200 skarg na kary administracyjne nakładane przez sanepid. Ponad 60 takich wniosków zakończyło się decyzją sądu o uchyleniu kary, a jeśli skargi są odrzucane, to najczęściej z powodów formalnych, takich jak np. brak uiszczonego wpisu sądowego. 

– Też dostaliśmy pismo o postępowaniu administracyjnym, ale... to nie sanepid z Cieszyna do nas pisze, bo podobno inspektor powiatowy uciekł na L4, żeby przypadkiem ktoś mu nie kazał się podpisać na tej cholernej decyzji administracyjnej o ukaraniu. Wprawdzie pismo otrzymałem z sanepidu z Cieszyna, ale na papierze firmowym z Bielska i podpisane przez inspektora z Bielska – mówi Tomasz Kwiek. – Mało tego: pewien restaurator ostatnio otworzył restaurację w Cieszynie, funkcjonuje od dwóch tygodni i nie miał do tej pory kontroli ani policji, ani sanepidu. Widać, że tu działa strach, ale nie tak jak rząd planował... Bo strach padł nie na restauratorów, ale na urzędników, którzy wiedzą, że istnieje coś takiego jak artykuł 231 o przekroczeniu uprawnień. Ruszyła też akcja „Zapytaj sanepid”, w ramach której każdy może automatycznie wygenerować i wysłać do stacji powiatowych wniosek o dostęp do informacji publicznej. Organizatorzy akcji liczą, że tysiące zapytań skutecznie zajmą czas pracowników, którzy „chodzą po restauracjach i uprzykrzają życie przedsiębiorcom”. Choć jak zauważają niektórzy, zapewne w urzędzie inni ludzie są wyznaczeni do pracy w terenie, a inni do „papierkowej roboty”. 

JAK NIE SANEPID, TO STRAŻACY I SKARBÓWKA 
Na kontrole do restauracji wysyłany jest nie tylko sanepid, ale też straż pożarna, urzędnicy skarbowi, a także Państwowa Inspekcja Handlowa oraz Państwowa Inspekcja Pracy. 

– Teraz straszą kontrolami skarbówki. Ale co z tego, że oni pójdą do księgowej? Ja nawet nie będę ich widział – mówi Tomasz Kwiek. – Straż pożarna? Trzeba mieć pooznaczane pomieszczenia i gaśnice z aktualną datą przydatności. Nie ma się czym przejmować. Gaśnica kosztuje sto złotych, więc chyba każdego stać na to, by jakąś kupić. Rządowi pozostaje jeszcze dylemat, jak odebrać lokalom koncesję na alkohol. To jest jednak w gestii samorządu. A gmina czy miasto, niszcząc w ten sposób lokal, pozbywa się podatków, które wpływają do samorządowej kasy – wyjaśnia Kwiek. 

Włodarze miast to wiedzą, więc chcąc pomóc przedsiębiorcom, nie myślą o odbieraniu im koncesji, za to zwalniają zamknięte restauracje z części opłat z tego tytułu. Tak stało się chociażby w Sopocie, Katowicach, Bytomiu i Chorzowie, podobną uchwałę przygotował prezydent Piotrkowa Trybunalskiego. 

MOBILIZACJA PROKURATORÓW
Rząd mobilizuje za to prokuratorów. Zastępca Prokuratora Generalnego i prokurator Prokuratury Krajowej Krzysztof Sierak w liście do wszystkich prokuratorów regionalnych, do którego dotarł Onet, gani swych podwładnych za to, że „zbyt często umarzali zgłaszane przez policję sprawy dotyczące otwierania wbrew rządowym zakazom biznesów oraz organizowania manifestacji i zgromadzeń”. 

Zastępca Prokuratora Generalnego chce, by prokuratorzy wobec przedsiębiorców otwierających lokale stosowali przepisy wspomnianego art. 165 kk, mówiące o „sprowadzeniu powszechnego niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób albo dla mienia w wielkich rozmiarach, powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej albo zarazy zwierzęcej lub roślinnej”. Prokurator Sierak zaleca też, by podwładni „do minimum ograniczali postępowania przygotowawcze” i „inicjowali działania Państwowej Inspekcji Pracy oraz sanepidu wobec opornych”. 

Po ujawnieniu tego listu w branży zawrzało i to na tyle, że minister Zbigniew Ziobro musiał tłumaczyć się, mówiąc: „To pismo jest dowodem, że moi zastępcy mają pełną autonomię i wolność w podejmowaniu decyzji” oraz „w tej sprawie mam nieco inny punkt widzenia”. 

POZEW ZBIOROWY PRZECIW SKARBOWI PAŃSTWA
Ci, którzy nie zdecydowali się otworzyć lokali, też chcą walczyć o swoje – o odszkodowania za zamknięte biznesy. 1 lutego właścicielka restauracji Voilà z Krakowa we współpracy z Izbą Gospodarczą Gastronomii Polskiej (IGGP) podpisała z kancelarią Dubois i Wspólnicy umowę na przygotowanie pozwu grupowego przeciwko skarbowi państwa. Do inicjatywy mogą dołączyć wszyscy domagający się odszkodowań za straty poniesione w branży gastronomicznej. Jak zapowiadają inicjatorzy, pozew zostanie złożony, gdy przystąpi do niego tysiąc pokrzywdzonych podmiotów. 

– Ten tysiąc to po prostu równa liczba, dzięki czemu łatwo jest wyliczyć jednostkowe koszty – wyjaśnia sekretarz generalny Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej Sławomir Grzyb i od razu dodaje, że to liczba orientacyjna, a podmiotów do pozwu może przystąpić więcej. – Przygotowujemy pozew zbiorowy ze względu na koszty, bo wiadomo, że przedsiębiorców w pojedynkę nie stać na to, żeby iść do sądu. Musieliby wnieść choćby wpis sądowy w wysokości 8% dochodzonych żądań. Dlatego wychodząc naprzeciw przedsiębiorcom, my taki pozew uruchomiliśmy. Minimalne koszty przystąpienia do pozwu na jednego restauratora przy jednym lokalu to 1126 zł brutto – wylicza Grzyb. Przypomina jednocześnie, że to kwota przy założeniu, iż do pozwu przystąpi tysiąc podmiotów. Gdy będzie ich więcej, pojedyncze opłaty będą niższe. A gdy zgłosi się mniej chętnych? – Postawiliśmy sobie taki cel minimum, kiedy to się da spiąć finansowo – to 650 firm, ale wtedy koszy będą troszkę wyższe. Do pozwu mogą dołączyć również ci przedsiębiorcy, którzy korzystali z rozmaitych tarcz pomocowych. Zgłaszać można się do 15 marca, choć nie są to sztywne ramy czasowe – mówi Grzyb. 

– Sami ustaliliśmy sobie ten termin, żeby w połowie marca podsumować liczbę podmiotów, które przystąpią. Wstępny plan jest taki, aby 31 marca złożyć pozew, ale jeżeli trzeba będzie kilka dni poczekać, by zebrać więcej chętnych, to świat się nie zawali – mówi Sławomir Grzyb. – Procedura jest taka, że sąd, przyjmując ten pozew do rozpatrzenia, sam wezwie inne firmy do przystępowania do pozwu zbiorowego, czyli w zasadzie każdy restaurator będzie mógł dołączyć później, ale wtedy opłaty będą wyższe, nawet 2500 zł. Teraz do pozwu można przyłączać się poprzez stronę www.IGGP.pl. – A gdyby nie udało nam się złożyć pozwu w ogóle, bo np. rząd stwierdzi, że pójdzie na ugodę i wszystkim wypłaci jakieś odszkodowania bądź zapewni pomoc, wówczas pieniądze zebrane na poczet opłaty sądowej i kosztów kancelarii oczywiście zostaną zwrócone – zapewnia Sławomir Grzyb. 

Będzie to tylko pozew o zasadę, czyli sąd ma jedynie stwierdzić, że skarb państwa powinien wypłacić odszkodowania restauratorom za ich straty. 

– Jeżeli ten pozew zakończy się pozytywnie, to w drugim etapie każdy restaurator, wiedząc, że już wygrał sprawę, będzie udowadniał dopiero wysokość szkody, którą chciałby, aby skarb państwa mu zwrócił – tłumaczy Sławomir Grzyb. 

IGGP szacuje, że dochodzone odszkodowania przekroczą 1 mld zł. Pozew obejmie straty poniesione przez przedsiębiorców zarówno w pierwszym okresie restrykcji, od 13 marca do 18 maja 2020 r., jak i podczas obecnego lockdownu, trwającego od 24 października 2021 r. 

CO DALEJ? 
Trudno przewidywać, kiedy nastąpi odmrożenie branży. Sami restauratorzy zgadują, że skoro ruszyły hotele, to może w marcu będzie mogła już otworzyć się gastronomia. A może jednak w maju lub czerwcu, gdy będzie dostatecznie wielu zaszczepionych? 

– Dla mnie najważniejsze jest, aby gastronomia otworzyła się raz na zawsze. Najbardziej się obawiam tego, że zaczniemy działać, a po 2-3 tygodniach znowu będziemy musieli się zamknąć. Otwarcie i rozruszanie restauracji, zatowarowanie, produkcja – to są koszty. I gdy po miesiącu znów trzeba wszystko zamrażać, to rujnuje całe finansowe planowanie – mówi restauratorka „Malika”. 

Z PRAWNEGO PUNKTU WIDZENIA
Magdalena Wilk, adwokat 

Lepiej otworzyć lokal czy brnąć w wybiegi? 
– To zależy od nastawienia osoby, która decyduje się dany biznes otworzyć. Jak wszyscy już wiemy, sam zakaz prowadzenia działalności jest niekonstytucyjny, więc wcześniej czy później sądy uznają, że mogliśmy otworzyć lokal. Ale żeby do tego doszło, najpierw musi zostać wydana decyzja pierwszej instancji o nałożeniu kary administracyjnej, potem musi zostać wydana decyzja drugiej instancji i dopiero od niej możemy się odwołać do sądu. Organy pierwszej i drugiej instancji nie mogą same zrezygnować z wydania decyzji z powodu niekonstytucyjności przepisu, bo nie mają takiej kompetencji. W związku z tym różne wybiegi przedsiębiorców – moim zdaniem – mogą pomóc, gdy trafimy na urzędnika, który rozumie, że przepisy są niekonstytucyjne, widzi, że działamy w reżimie sanitarnym, i chciałby nam jakoś pomóc. Wtedy dobrze by było, aby miał jakiś powód, by nie wszcząć postępowania albo je umorzyć bez konieczności karania nas karą administracyjną. Bo taka kara zależy od uznania urzędnika. Nie jest on zobligowany, by ją wymierzyć. Może uznać, że nie ma ku temu przesłanek. Ale żeby to zrobić, musi mieć jakiś powód. Jeśli oświadczymy po prostu: „Otwieramy, bo zakaz jest niekonstytucyjny”, on nie może napisać, że odstępuje od prowadzenia postępowania, dlatego że przepisy są niekonstytucyjne. Tylko sądy mogą w indywidualnych sprawach odmówić stosowania przepisu, który uznają za niezgodny z konstytucją. 

Sądy już to robią. Na początku stycznia Wojewódzki Sąd Administracyjny (WSA) w Opolu uchylił karę 10 tys. zł nałożoną na fryzjera, który otworzył swój lokal w czasie lockdownu. Czy to oznacza, że każda taka sprawa jest przez przedsiębiorcę do wygrania? 
– Teoretycznie można spodziewać się sytuacji, że jeden skład sędziowski będzie uwzględniał skargi i orzekał, że można odmówić stosowania się do przepisów ze względu na ich niekonstytucyjność, a inny jednak stwierdzi: „Nie, nie, wszystko tu jest w porządku”. Jednak w praktyce w WSA sprawy istotne społecznie i medialnie zazwyczaj mają jednolite orzecznictwo. Należy więc przypuszczać, że w danym ośrodku nie będzie już werdyktów odwróconych o 180 stopni, ale dopóki sprawa nie trafi do Naczelnego Sądu Administracyjnego i on się nie wypowie w sposób bardziej autorytarny, to tak naprawdę nie mamy stu procent pewności, że wszystkie sprawy zostaną tak potraktowane. 

Nawet jeśli jednak mielibyśmy pecha, że trafimy na skład, który by nie uwzględnił odwołania od kary administracyjnej, to zawsze sami mamy możliwość złożenia skargi do NSA i wtedy, powołując się na te multum wydanych już do tej pory orzeczeń, możemy twierdzić, że jednak w naszym przypadku sąd się pomylił. 

Czy sanepid ma prawo codziennie nakładać kary na przedsiębiorcę? 
– Teoretycznie nie ma przeciwwskazań. Sanepid może twierdzić, że każdego dnia lokal otwieramy na nowo i każdego dnia kontroler stwierdza naruszenie. Jednak zdrowy rozsądek nakazywałby takie działania ukrócić. Już WSA w Warszawie stwierdził, że celem tych kar administracyjnych tak naprawdę nie są prewencja ani ochrona obywateli, lecz „mają one charakter represyjny i inkwizycyjny”. Należy więc sądzić, że takie codzienne karanie jako praktyka represyjna sama w sobie nie spotkałoby się z uznaniem w sądzie. Ale to jednak zajęcie konta o kolejne 10, 20, 30 tys. zł. Kara administracyjna jest bowiem wykonalna natychmiast. 

Czy to oznacza, że konto przedsiębiorcy zajmowane jest od razu? 
– Teoretycznie tak, ale w praktyce wygląda to w ten sposób, że najpierw musimy dostać decyzję i wtedy mamy siedem dni na dobrowolne uiszczenie takiej kwoty. Jeśli tego nie zrobimy, może być wszczęte postępowanie egzekucyjne i wydany tytuł wykonawczy, zajęcie naszego konta. 

Patrząc z perspektywy warszawskiej, urzędnicy potrafią zająć konto przedsiębiorcy w ciągu półtora miesiąca. Organ skarbowy wszczyna egzekucję, tak jak byśmy zalegali z podatkami. Teoretycznie może nam zająć wszystko, w praktyce w pierwszej kolejności sięga się po to, co jest najłatwiej dostępne, czyli po pieniądze na rachunkach bankowych. Jeśli tam nic nie ma, organ może szukać dalej, ale zazwyczaj na tym się kończy, bo inaczej trzeba sobie zadać sporo trudu. Ewentualnie może zająć nieruchomości, jeśli je posiadamy, bo jest to w miarę łatwe do ustalenia, ale żeby je zlicytować, to jeszcze daleka droga. Może dokonać zajęcia nieruchomości i umieścić stosowny wpis w księdze wieczystej, co utrudni życie właścicielowi, jeśli chciałoby np. wziąć kredyt albo sprzedać nieruchomość. A jeśli chodzi o licytację, to ośmielę się powiedzieć, że szybciej zostanie rozpatrzone nasze odwołanie, niż ten majątek faktycznie miałby zostać spieniężony. 

A co z tymi, którzy jednak zapłacili kary lub zajęto im pieniądze na kontach? Ile czasu minie od nałożenia kary aż do uznania, że to bezprawne i – co za tym idzie – do zwrotu pieniędzy?
– Do zwrotu pieniędzy to ho, ho, ho! Jeśli mielibyśmy już takiego pecha, że by nam zajęto te pieniądze, trudno mi tu wieszczyć... Powiem tak: zważywszy że teraz na wokandę sądów administracyjnych wchodzą decyzje, które były wydawane w kwietniu, maju i czerwcu ubiegłego roku, to widzimy, że od czasu wydania decyzji do wyroku sądu pierwszej instancji mija około roku. Jak na polskie warunki to jest naprawdę bardzo szybko. Sprawy w WSA potrafią bowiem leżeć rok, dwa, trzy, a tu widać, że sądy priorytetowo potraktowały te przypadki. 

Ale pamiętajmy, że orzeczenia są jeszcze nieprawomocne i nie wiemy, czy sanepid nie będzie się odwoływał do NSA. A tam normalnie sprawy leżą 3-4 lata. Ile poleżą tutaj, trudno powiedzieć. A do odzyskania pieniędzy jest jeszcze daleka droga, bo najpierw trzeba mieć prawomocny wyrok sądu i dopiero na tej podstawie można żądać zwrotu. Wówczas wypłaty są dokonywane w ciągu kilku miesięcy, ale trudno wróżyć, jaka będzie procedura zwrotu i czy skarb państwa będzie miał z czego na bieżąco zwracać. 

Autorka: Anna Krześniak

Artykuł ukazał się w „Food Service" 2/2021 nr 202.

Autor tekstu: Redakcja Foodservice

Zobacz także

Ministerstwo Zdrowia: możliwe zmniejszenie liczby gości w restauracjach i na weselach

Możliwe jest zmniejszenie liczby gości w restauracjach i na weselach oraz rejestrowanie ich przez stacje Sanepidu. Organizator przyjęcia będzie musiał się spodziewać niezapowiedzianej wizyty policji czy Sanepidu - zapowiada rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz.

Kryzys gastronomii za granicą. Jak sobie z nim radzą restauratorzy z innych krajów?

Bankructwa, protesty restauratorów, ignorowanie zakazów i restaaracje działające w podziemiu - przykłady z innych państw pokazują, że polska gastronomia nie jest ze swoimi problemami odosobniona.

Manifest HoReCa: zamawiajcie na wynos!

Rusza ogólnopolska akcja #środynazamówienie, która ma na celu zachęcenie jak największej liczby klientów do zamawiania posiłków w restauracjach na wynos, w dostawie oraz w drive thru. Przeczytaj manifest branży i podaj dalej.

Większość lokali Grycana zamknięta do odwołania

Grycan zamknął niemal wszystkie swoje lokale - z ponad 150 działa obecnie jedynie ... pięć. Dlaczego?

Gastronomia pod przykrywką. Jak zarabiać, nie otwierając lokalu z naruszeniem prawa

Szkolenia kulinarne, wynajem stolików do celów służbowych, kuchnia polowa - restauratorzy, którzy nie chcą otwierać lokalu dla gości z naruszeniem prawa, szukają kreatywnych rozwiązań na jego obejście w legalny sposób.

Ministerstwo Zdrowia: otwieranie restauracji i hoteli przyczyną zwiększonej liczby zakażeń

Otwieranie restauracji, hoteli i siłowni powoduje zwiększoną liczbę zakażeń. Wskazują na to badania naukowe - powiedział wiceminister zdrowia Waldemar Kraska pytany o to, kiedy zamknięte branże mają szanse na powrót do normalnego funkcjonowania.

Inne kategorie

Akademia Horeca

Jak budować kartę napojów w restauracji typu fine dining?

Fine dining, jak sama nazwa wskazuje, polega na dostarczeniu gościom restauracji doświadczenia gastronomicznego na bardzo wysokim poziomie.
więcej

Video

Ruch to zdrowie, ale pamiętaj o bezpieczeństwie
Zespół stresu pourazowego – jak zadbać o swoją przyszłość ?
Społeczna odpowiedzialność – myśl o innych
Techniki relaksacji – jak się zregenerować?
Obniżenie nastroju – zrób nowy plan
Lęk przed utratą pracy – jak sobie z nim poradzić?
Konflikty w rodzinie – jak do nich nie dopuścić?
Kontrola – jak jej nie stracić ?
więcej