x

Robert Makłowicz: karmię zbiorową wyobraźnię

Kategoria: Ludzie    16.01.2020

Karierę zaczynał w latach 90. jako publicysta i krytyk kulinarny. Znany i ceniony jest jednak za to, że 20 lat temu zapoczątkował w swoim programie kulinarnym zwiedzanie i tłumaczenie świata poprzez kulinaria.

Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.
„FOOD SERVICE”: Spotykamy się w Krakowie, który w roku 2019 został ogłoszony Europejską Stolicą Kultury Gastronomicznej. Czy według ciebie, osoby tu mieszkającej i od lat korzystającej z oferty kulinarnej, słusznie przyznano miastu taki tytuł?
ROBERT MAKŁOWICZ: Jeśli pytanie zawiera w sobie sugestię odpowiedzi, że Kraków rzeczywiście jest najlepszym miejscem jedzeniowym w Europie, to oczywiście nie jest. Nawet nie ośmieliłbym się powiedzieć, że jest najlepszym w Polsce. Jest jednym z kilku, bo wielkie miasta zmieniają się coraz bardziej. Najlepsza jest Warszawa, to sprawa bezdyskusyjna. O ile 10-15 lat temu Warszawa była słabsza od Krakowa, bo nastawiona niemal wyłącznie na klienta biznesowego, to w ciągu ostatnich lat niezwykle się zmieniła i jest bez wątpienia najciekawszym kulinarnie miastem w Polsce. Mieszka tam najwięcej cudzoziemców, jest najwyższy poziom życia, klasa średnia istnieje, co jest niezwykle istotne dla gastronomii codziennej. Ludzie nawet z racji pracy są zmuszeni jeść w mieście, więc siłą rzeczy nie oczekują na co dzień fine diningu, tylko dobrego jedzenia codziennego. W stolicy jest najwięcej hipsterów, hipsterka jest pewnego rodzaju snobizmem, w którym zdarzają się przegięcia, ale w tym przypadku jest to snobizm pozytywny, który nakręca gastronomię.

Za każdym razem, przechadzając się ulicami Krakowa, mam wrażenie, że jest tu knajpa na knajpie. Liczba turystów, również zagranicznych, niesamowicie pobudziła to miasto do życia.
Trzeba zauważyć fakt, który jest dość przykry. Otóż Kraków płaci cenę za swój turystyczny sukces. Podobnie jak w Pradze czy Barcelonie, funkcjonuje tu mnóstwo miejsc przeznaczonych dla jednorazowego turysty, o którym wiadomo, że nie wróci. Najczęstszym turystą w Krakowie jest robotnik z Wielkiej Brytanii, który oczekuje od lokalu, żeby podawał tanie piwo, tanie hambuksy i żeby jeszcze wystarczyło mu na wizytę w domu typu hotel Mariana Banasia. Oczywiście nie wszyscy turyści tacy są. Jest coraz większa grupa Hiszpanów, Włochów i Francuzów, którzy we krwi mają ciekawość kulinarną, i to m.in. z myślą o nich, ale i z myślą o mieszkańcach, obserwujemy wysyp nowych, fajnych knajp w Krakowie.

Ewidentnie mamy też coraz lepszych szefów kuchni – zgodzisz się z tym?
Nastąpił proces zapoczątkowany 15 lat temu polegający na tym, że młodzi ludzie, często bez wykształcenia gastronomicznego, wyjeżdżali do pracy w Anglii. Tam zdobywali doświadczenie – vide Michał Kuter z A Nóż Widelec w Poznaniu, który wyjechał ze 100 funtami w kieszeni i zaczynał na zmywaku. To jest exemplum skrajnego sukcesu, bo on jest skrajnie zdolny, ale takich ludzi jest sporo – wracają i otwierają swoje miejsca. Siłą rzeczy to jest coraz lepsza kuchnia.

Ty zaś zaczynałeś karierę na początku lat 90. jako recenzent kulinarny. Od tego czasu funkcjonujesz jako jedna z najważniejszych osób w polskiej gastronomii. Jak sam określasz swoją profesję – jesteś kucharzem?
Nie jestem kucharzem i nigdy nim nie byłem.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.

Znany jednak jesteś z gotowania i popularyzowania kuchni.
Gotuję, ale kucharz to ktoś, kto karmi zbiorowo. Ja co najwyżej karmię zbiorową wyobraźnię. Jestem telewizyjnym szefem, tak to można nazwać. Popularyzatorem kuchni, dziennikarzem, krytykiem kulinarnym. Kuchnia służy mi nie tylko do pokazywania procesu obróbki termicznej, lecz przede wszystkim jest dla mnie elementem opowieści o danym miejscu, kulturze, jest narzędziem służącym do opisu tego, co wokół, bo kuchnia jest najbardziej uniwersalnym kluczem do rozpoznania lokalnej kultury, tradycji, również tych religijnych. Kuchnia mówi nam o klimacie, ale też o temperamencie ludzi, o historii danego miejsca, więc poprzez kuchnię pokazuję ludziom, jak to dane miejsce zrozumieć.

Kuchnia to sztuka?
Jeśli ktoś mi mówi, że kuchnia jest wyłącznie sztuką, odpowiadam, żeby stuknął się w głowę. W wyjątkowych wypadkach może nią być, ale na co dzień to rzemiosło.

Jaką właściwie masz relację z branżą gastronomiczną? Czy twoje programy stanowią dla kucharzy inspirację?
Jest mi niezwykle miło, gdy słyszę, że dla kogoś inspiracją do zajęcia się kuchnią był fakt, że w dzieciństwie czy młodości oglądał moje programy. Pamiętaj, że należę do pokolenia, dla którego bycie kucharzem w tym kraju było pewnego rodzaju piętnem, wyrokiem, schizmą. W czasach mojej podstawówki i liceum mówiło się, że jak się nie uczysz, to cię wyślemy do gastronomika. Tymczasem między innymi ja, bo przecież nie tylko, zacząłem poprzez swoje programy pokazywać ludziom świat, ale również fakt, że kucharze za granicą są jak gwiazdy filmowe, celebryci noszeni na rękach. Wszyscy znają ich nazwiska, są powszechnie kochani, przeżywamy ich wzloty bądź upadki. Do spopularyzowania tego zawodu przyczyniły się również programy typu „Top Chef” czy „MasterChef”, które pokazały, że bycie kucharzem jest zajęciem wartym zachodu dla młodych ludzi.

Nigdy nie korciło cię, żeby swoją popularność przekuć w restauracyjny biznes? Słyszałam, że propozycje dotyczące otwarcia restauracji otrzymujesz średnio raz na tydzień.
Zgadza się, ale one wykluczają się z tym, co robię na co dzień. Żeby do czegoś podejść poważnie, muszę się temu oddać w 100%, ludzie nie zdają sobie sprawy, jak ciężką pracą jest posiadanie restauracji.

Nie musisz jej posiadać, możesz firmować swoim nazwiskiem.
Sprzedawanie własnej gęby do firmowania różnych przedsięwzięć gastronomicznych ma niezwykle krótkie nogi. Jeśli się pod czymś podpisuję, musi to być takie, jakie ja bym chciał, żeby było, a jak wiadomo, we wszystkim najsłabszy jest element ludzki. Musiałbym cały czas przebywać w lokalu i pilnować jakości, co kolidowałoby z moimi podróżami po świecie. Nie wykluczam posiadania restauracji w przyszłości, ale jeśli mam do tego podejść poważnie, a inaczej sobie nie wyobrażam, chciałbym mieć wpływ i kontrolować każdy szczegół. Kuchnia nie jest elementem odlanym ze sztancy, nie można tu zrobić perfekcyjnej formy, kupić najnowsze maszyny i liczyć, że efekt wyjdzie zawsze jednakowy. Kuchnię tworzą ludzie, nad którymi trzeba mieć kontrolę.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.

Wróćmy do początków twojej kariery jako recenzenta kulinarnego; ciekawi mnie, jak odnosisz się do spopularyzowania zajęcia, jakim jest krytyka kulinarna. Wystarczy mieć smartfona, zrobić zdjęcie dania i już można oceniać restauracje.
Żyjemy w czasach ofensywy ignorantów. To dotyczy nie tylko krytyki kulinarnej, ale wszelkiego rodzaju krytyki – każdy może ją uprawiać. Jeśli zdarzają się rzetelne recenzje, dobre fora internetowe, czytam je, ale zazwyczaj dotyczą one branż niszowych, np. perfum, mody. Wypowiadają się tam ludzie znający się na rzeczy, posiadający elementarną wiedzę. Natomiast jeśli chodzi o ocenianie tego, co się je, każdy może zrobić zdjęcie i napisać, że to było świetne albo beznadziejne, jednak w mojej ocenie większość osób nie wie, o czym pisze.

Zdecydowanie brakuje następców takich osób jak Maciej Nowak czy śp. Piotr Bikont, którzy co tydzień pisali recenzje do prasy drukowanej.
Prasa papierowa w ogóle umiera w naszym kraju. Reprezentujesz gazetę, która jest branżowa. Niemal nie ma u nas kolumn kulinarnych w prasie popularnej czy też powszechnie dostępnych tygodnikach lub miesięcznikach, nie ma dodatków takich jak do „New York Timesa” – ileż tam jest kolumn na temat wina, jedzenia! U nas ich nie ma, wszystko przeniosło się do internetu. Te procesy zaszły szybko z racji tego, że nie było w Polsce klasy średniej, była PRL, ludzie nie mieli zwyczaju zaczynać dnia od lektury gazety albo wydania weekendowego. Dziś korzystają z internetu, czyli ze skróconej drogi.

Fakt, że utrzymanie kolumny recenzencko-kulinarnej jest kosztowne.
Ale u nas nie byłoby też komu jej pisać – moim skromnym zdaniem – bo ludzi, którzy się na tym znają, jest niewielu. Żeby posiąść wiedzę, którą mam, od połowy lat 80. – wyjeżdżając za granicę – skrupulatnie przejadałem i przepijałem wszystkie pieniądze, które zarabiałem, nie mając pewności, że PRL upadnie i że inwestuję w siebie. Prowadziłem z tamtego punktu widzenia hulaszczy tryb życia, gdyż nie wiedziałem, czy ta lekko uchylona żelazna kurtyna nie opadnie znów z wielkim łomotem. Jednak nie mogłem się opanować, żeby nie poznać świata od strony konsumpcyjnej. Jak się okazało, to był uniwersytet, bo wszedł ’89 rok i wiedziałem więcej niż inni, którzy nie wyjeżdżali.

Gdyby po zerwaniu współpracy z TVP w 2017 r. nie zgłosił się do ciebie Food Network, myślałeś o tym, że internet jest drogą dla ciebie?
Zgłosili się prawie wszyscy, wybrałem Food Network. Dostałem też propozycje stricte internetowe, jednak Lordem Kruszwilem na pewno nie zostanę.

Kto to taki?
Widzisz, za stara jesteś, to najpopularniejszy youtuber! Jasne, myślę o internecie, ale raczej na zasadzie dopasowania swojej wypracowanej formy do potrzeb tego medium niż tworzenia zupełnie nowej formuły. Trzeba przyznać, że tradycyjna telewizja nie jest już aż tak ważnym medium dla młodych ludzi jak internet. Znam wiele osób, które nie mają telewizora i oglądają to, co chcą i gdzie chcą, a jeśli czegoś nie ma w internecie, oni po prostu tego nie widzą.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.

A czy przewodniki kulinarne są w dobie internetu ważnym źródłem wiedzy dla ciebie? Polska branża gastronomiczna frustruje się brakiem gwiazdek Michelin, może niesłusznie?
Rozumiem walkę w Polsce o to docenienie, natomiast restauracje michelinowskie nie są restauracjami mojego pierwszego, drugiego ani trzeciego wyboru. Może dziesiątego. Dlaczego? Bo im jestem starszy, tym bardziej przeszkadza mi opresja, a to są miejsca opresyjne. Wymagają sformalizowania. Oczywiście, jadłem z rąk Ferrana Adrii, gdy podczas Madrid Fusión gotował kolację dla 40 osób. Są to rzeczy ważne, ale nie najważniejsze. Mój syn Mikołaj studiował w Szwajcarii hotelarstwo i gastronomię i miał przez pół roku praktykę w La Vie w Niemczech – restauracji
z trzema gwiazdkami Michelina. Musiałem więc tam pojechać, nie wypadało tego nie zrobić. Żeby opowiedzieć o tym dyplomatycznie: wolę styl romański niż rokoko. Kiedyś niezwykle imponowało mi rokoko, ale im jestem starszy, tym bardziej mi się ono nie podoba. Również w kuchni zbyt duża liczba składników powoduje u mnie pewnego rodzaju konfuzję.

Ale w kontekście restauracji fine dining mówi się przecież o wyjątkowym doświadczeniu, niesamowitym spektaklu. Nie pociąga cię to?
Jem świadomie od co najmniej 30 lat. Jeśli miałbym podać ci jedną z moich ulubionych restauracji, z pewnością wymieniłbym Steirereck w Wiedniu. Ale ona nie charakteryzuje się przerostem formy nad treścią.

Co oznacza przerost formy nad treścią?
Ja rozumiem, że można zmieniać stany skupienia, że rzeczy stałe można podawać płynne, a płynne – stałe, ale nigdy nie byłem dobry z fizyki i niespecjalnie mi to imponuje. Taka kolacja to oczywiście spektakl, coś więcej niż jedzenie, dostajemy wartość dodaną. Nie potępiam, rozumiem, ale wolę kawał dobrego sera, kieliszek wina i dobry chleb, o który wcale nie jest łatwo. Widziałem kiedyś film z Ferranem Adrią, który zaprowadził operatora i reżysera w swoje ulubione miejsce – była to nadmorska tawerna z ceratą na stołach, gdzie świeżo złowioną rybę podawali prosto z pieca, z kieliszkiem lokalnego wina. To jest moja odpowiedź na pytanie o fine dining.

Z racji swojego wykształcenia interesujesz się historycznym aspektem jedzenia. Czy jednak wybiegasz czasami w przyszłość? Na przykład głośno mówi się o wegetarianizmie jako słusznym pomyśle na dietę przyszłości.
Oczywiście, że o nim myślę. Natomiast jem wszystko. Nienawidzę w jedzeniu ideologii rozumianej tak, że ludzie jedzący mięso robią z niego swoje wyznanie wiary i mówią, że wegetarianie czy weganie to lewacy, zboczeńcy i w ogóle idioci, bo jeszcze niedawno wegetarianizm był przez WHO wpisany na listę chorób. Są też wegetarianie czy weganie, którzy mówią o mięsożercach, że to faszyści mordujący zwierzęta. Szanuję każdy wybór. Nie dzielę jedzenia na mięsne i bezmięsne, dzielę je na dobre i niedobre.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.

Ale może ten podział już nie przystaje do naszych czasów?
Dla mnie przystaje. Jeśli zapraszam na kolację kilka czy kilkanaście osób i chociaż jedna z nich nie je mięsa, to wszyscy dostaną ode mnie wyłącznie dania bezmięsne. Nie gotuję osobno dla tej osoby – „Tu mam takie coś dla ciebie, a my tu zjemy befsztyki”. Gotuję równie dobrze dla wszystkich, bo smak nie zależy od tego, czy się je mięso. Biorę też udział w kampaniach Otwartych Klatek, chociaż od początku zakomunikowałem, że jem mięso i spytałem, czy im to nie przeszkadza.

Po co to robisz?
Żeby nie męczyć tych biednych kur, nie produkować jajek trójek czy też żeby w sklepach nie walić karpi po głowach, co jest zupełnie niepotrzebne. Uważam, że jemy w Polsce za dużo mięsa, w większości przypadków nie znając jego pochodzenia. Mięso nie jest opisane. Jemy najwięcej wieprzowiny, która w Polsce jest niedobra. Jak ktoś raz zjadł mangalicę albo jamón ibérico, wie, o czym mówię. Więc jestem świadomym konsumentem, opętańczo czytam wszystkie etykiety, często najbliżsi nie są w stanie wytrzymać ze mną w sklepie spożywczym, bo spędzam tam mnóstwo czasu. Nie jem brojlerów, nie jem wieprzowiny, nie znając jej pochodzenia. Steki jem raz na parę miesięcy. Nie jestem działaczem, nie jestem aktywistą prośrodowiskowym, ale też nie jestem idiotą. Widziałem dżungle wypalane po to, żeby sadzić palmy olejowe, siedziałem w smogu w Kuala Lumpur, gdzie z Borneo przychodziły wiatry przynoszące smog z wypalanych masowo dżungli. Wiem, jak to działa.

Kuchnia polska – ten temat interpretowany jest ostatnio chętnie przez naszych szefów kuchni. Wracamy do starych receptur, skupiamy się na regionalnych składnikach. Powstał nawet „Kanon kuchni polskiej” powołany przez p. Jana Ardanowskiego, ministra rolnictwa. Czy zdefiniowanie kuchni polskiej jest nam potrzebne?
Nie istnieje taki termin jak kuchnia polska – to moja odpowiedź, nie ma w ogóle żadnej kuchni narodowej. Większość z dań, które uważamy za polskie, z Polską nie mają nic albo niewiele wspólnego. Kotlet schabowy, pierogi ruskie czy barszcz z pochodzenia nie są polskimi daniami, więc można mówić jedynie o najbardziej popularnych daniach w Polsce, ale nie o polskich, jeśli chcemy być precyzyjni.

Czyli taki kanon jest według ciebie niepotrzebny?
Jest potrzebny, ale oparłbym go wyłącznie o kuchnie regionalne, ponieważ każda kuchnia tzw. narodowa jest pewnego rodzaju witrażem złożonym z regionalnych gomółek. Jeśli chcemy stworzyć całość, coś, co jest jadane od Szczecina po Przemyśl i od Białowieży po Bydgoszcz, jest to najczęściej nieporozumienie.

Czym możemy pochwalić się na arenie międzynarodowej?
Zaimponować możemy daniami, których inne narody w ogóle nie mają albo mają w innych wariacjach. Czernina, kiszka ziemniaczana, pierekaczewnik, piróg biłgorajski, cebularze lubelskie to tylko kilka przykładów. Nie zaimponujemy Austriakowi albo Niemcowi kotletem schabowym, który jest przecież sznyclem dla ubogich. Francuzowi mamy zaimponować duszoną kapustą? Chińczykom czy Włochom pierogami?
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.
Robert Makłowicz. Foto: Michał Radwański.

Pytam, bo w branży trwa ciągła dyskusja o niedocenieniu naszej kuchni czy produktów poza granicami. Gdzie popełniamy błąd?
Nadal tak będzie, jeśli nie będziemy pokazywać porządnej kuchni opartej na doskonałych regionalnych produktach wytwarzanych na niewielką skalę. Tymczasem wystarczy pójść do sklepu polskiego w Londynie i zobaczyć, co stoi na półkach: polskie piwo koncernowe w puszce, polskie mleko UHT i polski sok pomarańczowy z koncentratu. Trzeba naprawdę upaść na głowę, żeby pić masowo produkowane piwo w puszce, kiedy dookoła są setki wspaniałych minibrowarów. To jest myślenie o polskich produktach? Byłem w restauracjach polskich w Londynie, w Paryżu – to była najczęściej katastrofa. Czysta PRL. Takie myślenie o kuchni nigdy się nie sprawdzi.

A jak przyjmujesz rozwój polskiego winiarstwa?
Nikt nie wierzył w jego powodzenie, 15 lat temu nawet ludzie z branży pukali się w głowy, mówili, że polskie wino jest za drogie, niedobre. Wypiłem wczoraj 4 butelki polskiego wina. No, oczywiście nie sam. Natomiast byłem niedawno na kongresie winiarskim w Zielonej Górze i winiarze nie mają wina. Wszystko zostało wyprzedane, trzymają odwody naczelnego dowództwa dla turystów odwiedzających winnice. A przyrost areału nasadzeń jest lawinowy: w zeszłym roku było to 200 hektarów, w tym – 500. Możemy być dumni. To pokazuje, że kuchnia jest jednym z najważniejszych produktów turystycznych.

Sam do niedawna prowadziłeś dystrybucję wina. Jak dziś funkcjonuje marka Wino Makłowicz?
Sprzedałem firmę dużej grupie – JNT i zachowałem prawo do dwóch marek, o których decyduję. Selekcja Makłowicz to wina od małych winiarzy dostępne na stacjach BP. Natomiast teraz startuje projekt w Biedronce, gdzie umiejscowione będą osobne standy sygnowane przeze mnie. Wina pochodzić będą tylko z Europy, będą niezbyt boleśnie drogie i produkowane w większej ilości, ale nadal przez człowieka, a nie fabrykę. Chodzi o to, żeby z edukacją trafić pod strzechy, bo w Polsce wiedza na temat wina jest naprawdę znikoma.

W branży to się zmieniło, mamy wielu utytułowanych sommelierów z prestiżowymi międzynarodowymi nagrodami na koncie.
Owszem, ale pamiętaj, że mówimy o Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Trójmieście. Więc jest co robić. To mnie kręci. Wiem, że to może zabrzmieć górnolotnie i poważnie, ale cały czas traktuję swoją pracę również jako misję. Wrzucam swój kamyczek do tego ogródka. Gdy prawie 20 lat temu nagrywałem programy, musiałem tłumaczyć ludziom, czym jest parmezan, bakłażany. Teraz już nie trzeba tego robić. Więc myślę, że to ma głęboki sens, a dzielić się tym, co się lubi, to jest jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie można w życiu robić.

Ludzie cię uwielbiają, więc myślę, że warto, mało kto ma tak mocną siłę rażenia jak ty.
Trudno mi to oceniać, a jeszcze trudniej do tego odnosić, więc pominę to milczeniem.

Robert Makłowicz urodzony w 1963 r. w Krakowie, dziennikarz, autor książek i programów telewizyjnych o tematyce kulinarnej, kulturowej i historycznej, m.in. „Makłowicz w drodze” (Food Network). Nauki pobierał na wydziałach prawa i historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, lecz żadnego z tych kierunków nie ukończył. Historią pasjonuje się od zawsze, zwłaszcza dziejami Europy Środkowej w dobie panowania Habsburgów. Pozostałe zainteresowania nazwać można szeroko rozumianą konsumpcją – od literatury, poprzez muzykę, po destylaty owocowe (zwłaszcza z gruszek Williams, morwy, pigwy, śliwek, jabłek, moreli oraz mieszane), wina (koniecznie grüner veltliner i pinot noir) oraz kuchnię (przedziwna predylekcja do mamałygi z bryndzą oraz skwarkami z wędzonej słoniny).

Wywiad ukazał się w „Food Service" 11/2019 nr 190.

Autor tekstu: Agata Godlewska
O AUTORZE
Agata Godlewska
Redaktor naczelna magazynu „Food Service” oraz portalu Ouichef.pl. Magister kulturoznawstwa w SWPS. Przygodę z branżą gastronomiczną rozpoczęła blisko 10 lat temu pod okiem Macieja Nowaka. Autorka niezliczonej ilości wywiadów z najważniejszymi polskimi szefami kuchni i restauratorami. Współtworzy i prowadzi coroczną konferencję Food Service Summit.

Zobacz także

Samemu idzie się szybciej, ale razem zajdzie się dalej

W rozmowie z "Food Service" Philippe Mille, szef kuchni restauracji Le Parc w zamku Les Crayères w Szampanii, dzieli się swoją historią i inspiracjami, które przyczyniły się do jego sukcesu.

Joe Warwick: NIE ZAWSZE CHODZI O FINE DINING

Na świecie jest wiele miejsc, w których można świetnie zjeść. A my chcemy o nich opowiedzieć innym. Pizza też może być wspaniała, kebab też może być wspaniały. Nie zawsze chodzi o fine dining - mówi nam Joe Warwick, pomysłodawca i twórca The World Restaurant Awards.

Zaiyu Hasegawa

Urodził się i wychował w Tokio. W wieku 18 lat rozpoczął karierę kulinarną, pracował wraz z matką w ekskluzywnej tradycyjnej japońskiej restauracji serwującej dania w style kaiseki.

BUDOWANIE SPOŁECZNOŚCI

Jeśli jesz i jesteś skądś - to masz kulinarne dziedzictwo i kulturę. O szukaniu narodowej tożsamości kulinarnej, budowaniu środowiska oraz zrównoważonym modelu gastronomii rozmawiamy z Arlene Stein, twórczynią konferencji Terroir Symposium i Terroir Talk.

PAWEŁ POJAWA

"Bardzo podoba mi się styl włoskiego cukiernictwa, gdzie pierwsze skrzypce gra zawsze smak i autentyczność produktu. Nie ma tam miejsca na podążanie drogą na skróty. Z drugiej strony cukiernictwo francuskie imponuje mi kreatywnością, jeśli chodzi o wygląd i złożoność smaku".

ODESZŁA LEGENDA

Z ogromnym bólem informujemy o śmierci Paula Bocuse'a. 20 stycznia br. w wieku 91 lat zmarł Paul Bocuse, wybitny francuski szef kuchni, zaliczany do pionierów nowej kuchni francuskiej (nouvelle cuisine).

Inne kategorie

Akademia Horeca

Jak budować kartę napojów w restauracji typu fine dining?

Fine dining, jak sama nazwa wskazuje, polega na dostarczeniu gościom restauracji doświadczenia gastronomicznego na bardzo wysokim poziomie.
więcej

Video

Ruch to zdrowie, ale pamiętaj o bezpieczeństwie
Zespół stresu pourazowego – jak zadbać o swoją przyszłość ?
Społeczna odpowiedzialność – myśl o innych
Techniki relaksacji – jak się zregenerować?
Obniżenie nastroju – zrób nowy plan
Lęk przed utratą pracy – jak sobie z nim poradzić?
Konflikty w rodzinie – jak do nich nie dopuścić?
Kontrola – jak jej nie stracić ?
więcej