x

Thaisty: trzeba iść za ciosem!

Kategoria: Ludzie    20.10.2016

Ona jest szefową kuchni, on menedżerem. Razem są parą zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. W 2015 r. wspólnie otworzyli Thaisty - restaurację, której problem pustych stolików nie dotyczy. Poszli więc za ciosem i przygotowują się do otwarcia kolejnego lokalu.

Chanunkan „Nam” Duangkumma i Piotr Świątkiewicz. Foto: Zosia Zija.
Chanunkan „Nam” Duangkumma i Piotr Świątkiewicz. Foto: Zosia Zija.
„Food Service”: Jak wygląda wasza gastronomiczna przeszłość? Co robiliście, zanim się spotkaliście, i jak to się stało, że zaczęliście pracować razem?
PIOTR ŚWIĄTKIEWICZ: Po przyjeździe do Polski Nam pracowała jako pomoc kuchenna w restauracji Sunanta przy ul. Kruczej w Warszawie. Ja byłem tam kelnerem. Tak się poznaliśmy. Wyjechaliśmy razem do Bangkoku na wakacje, z których wróciliśmy już jako para, z głowami pełnymi pomysłów, inspiracji, natchnienia i miłości. W 2015 r. spełniliśmy swoje marzenie, otwierając Thaisty przy pl. Bankowym.

Zanim to nastąpiło, Warszawa poznała Chanunkan jako szefową kuchni restauracji Nam Thai, która do dziś działa z dużym sukcesem.
P.Ś.: Zgadza się, otwieraliśmy Nam Thai na Saskiej Kępie wspólnie z jedną z właścicielek Sunanty. Nam była szefową kuchni, ja pracowałem na stanowisku p.o. menedżera, obsługując jednocześnie gości. Współpraca układała się bardzo dobrze, to tam Warszawa poznała smak, kuchnię i talent Nam. Dostaliśmy wyróżnienie Knajpa Roku gazety „Co Jest Grane”. Niestety, na linii my – właściciel powstały niedomówienia. Stało się jasne, że musimy z Nam otworzyć coś swojego. Mieliśmy know-how, marzenia i wieloletnie doświadczenie w gastronomii.

W menu Thaisty pojawiają się receptury wuja Jamrusa Khunthonga. Kim on jest?
CHANUNKAN DUANGKUMMA: To mój wuj, do którego pojechałam jako dziecko po tym, jak mój ojciec zostawił nas – moją matkę i moje dwie siostry. Matka nie była w stanie nas utrzymać, więc musiałam pojechać na prowincję do wujka, który prowadził własną restaurację, specjalizującą się w daniach z kaczek. Wujek postanowił zająć się wychowaniem i edukacją moim i siostry. Kiedy poszłam do szkoły, zaczęłam pomagać w restauracji wuja.

A więc stąd pochodzi twoja wiedza i receptury?
CH.D.: Wuj nigdy nie mówił, jak powinnam gotować, nie podawał żadnych konkretnych receptur. Do wszystkiego dochodziłam sama metodą prób i błędów. Jeśli czegoś nie wiedziałam – pytałam. Wuj nauczył mnie techniki. Kiedy przyjechałam do Polski, cała ta wiedza okazała się bardzo przydatna. Wszystkim zasmakowały potrawy, które im przyrządzałam. Jako jeden z pierwszych moich potraw próbował Piotr, m.in. słynnej zupy z kaczki.
P.Ś.: Moja pierwsza reakcja była taka, że niemal wybuchła mi głowa. Wiedziałem, że to będzie hit. Wielokrotnie potem zamawiałem u Nam tę zupę. Częstowaliśmy nią naszych znajomych. Na zupę z kaczki postawiliśmy w Nam Thai jako spécialité de la maison. W marketingu kładliśmy na tę zupę nacisk, i to się sprawdziło. Teraz w każdej azjatyckiej restauracji jest taka zupa, a 3-4 lata temu jeszcze jej nie było.

Czy to dobre, aby łączyć życie prywatne z biznesem? Wspólne prowadzenie restauracji może być ryzykowne.
P.Ś.: Tak naprawdę nie wiemy, jak mogłaby inaczej wyglądać nasza relacja. Przez ostatnich pięć lat może dziesięciu dni nie spędziliśmy razem. Wspólna praca to dla nas coś normalnego i naturalnego. Nie rozgraniczamy szczególnie domu od pracy. Zresztą takie rozgraniczenie nie jest możliwe, bo pracujemy właściwie 24 godziny na dobę. Więcej czasu spędzamy w restauracji, w domu śpimy.

Plac Bankowy, przy którym znajduje się Thaisty, to raczej ruchliwy węzeł komunikacyjny Warszawy niż przyjemne miejsce kojarzące się z restauracjami. Skąd taki wybór?
P.Ś.: Często jest tak, że nie jest możliwe znalezienie lokalizacji tam, gdzie by się wymarzyło. Lokale wybierają ciebie. Dostajesz pięć lokalizacji i wybierasz tę, która twoim zdaniem jest najlepsza. Mieliśmy jednak doświadczenia z poprzedniego lokalu, który co prawda był na Saskiej Kępie, ale w środku blokowiska. Wokół nie było nic ciekawego, co mogłoby przyciągać gości, a jednak drzwi do restauracji nie zamykały się i rezerwację trzeba było robić pięć dni wcześniej. To sprawiło, że nie baliśmy się żadnej lokalizacji.

Do jakiej grupy docelowej kierujecie Thaisty?
P.Ś.: Przychodzą do nas różni goście w wieku 0-100 lat. Mamy stałych gości 80+, ale są też studenci. Cały przekrój społeczeństwa. Kuchnia tajska jest dość droga ze względu na koszt produktów. My korzystamy tylko z oryginalnych. Sami przygotowujemy wszystkie pasty i sosy, a to generuje wysokie koszty. Staramy się jednak działać w systemie  wypośrodkowania jakości do ceny. Wolimy ugościć większą liczbę gości i zaprezentować im nasze podejście do kuchni tajskiej, niż wywindować kosmicznie ceny. Chcemy najzwyczajniej dobrze i uczciwie karmić osoby odwiedzające naszą restaurację.

Warszawa dowiedziała się o was dzięki nietypowej akcji marketingowej – przed oficjalnym otwarciem wzięliście udział w Warsaw Restaurant Week, na który sprzedaliście wszystkie bilety. To był chrzest bojowy?
P.Ś.: Zgadza się, chociaż i na to byliśmy przygotowani. Przeżyliśmy już oblężenie gości w Nam Thai, kiedy Maciej Nowak napisał pozytywną recenzję. W tamtym czasie wiele osób przychodziło z „Gazetą” w ręku z zaznaczonymi zakreślaczem nazwami potraw, których spróbował, a zamawiając, mówili: „poprosimy to samo co pan Maciej”. W przypadku Thaisty nie mieliśmy się już czego bać. W końcu o to nam chodziło – żeby otworzyć restaurację i mieć dużo gości. Po to była próba generalna, żeby sprawdzić, czy sobie poradzimy organizacyjnie. To był panel testowy, choć on oczywiście nie da tyle, ile regularna praca. Robiliśmy wtedy 1/20 dzisiejszego utargu. Wszyscy właściciele stali razem z menedżerami na wydawce, kontrolując w miarę możliwości przebieg wydarzeń. Dziś, gdy mamy 300 coverów dziennie, nie panikujemy.
Foto: Zosia Zija.
Foto: Zosia Zija.

Jest kilka tajskich restauracji w Warszawie. Dlaczego akurat wasza kuchnia odniosła tak spektakularny sukces?
CH.D.: Menu tajskich restauracji w Warszawie są bardzo podobne. Różnica polega tylko i aż na tym, jaki kucharz to  wszystko przygotowuje. Najbardziej istotne jest podejście kucharza do gościa. Myślę, że wiele klasycznych dań kuchni tajskich musi być adaptowanych do lokalnych warunków, np. sałatka z boczniakami. Mama nauczyła mnie, jak przygotować do niej sos, ale kilka składników musimy zastąpić lokalnymi, jak winged bean. Wynika to stąd, że składniki te dostępne są tylko w Tajlandii, w języku polskim nawet nie mają swojej nazwy. W Polsce mamy boczniaki, którymi zastąpiłam „skrzydlatą fasolę” i wszystko pięknie się komponuje.

A więc twoim zdaniem modyfikacja powinna polegać przede wszystkim na zamianie pojedynczych składników na te znane w Polsce?
CH.D.: Tak. Chociaż wielu dań z mojego menu możesz spróbować tylko w Thaisty. Nigdzie indziej. Staram się przeplatać klasyczne tajskie receptury moimi własnymi pomysłami. Tak samo jak składniki – te, które są tańsze, bo polskie, ale równie dobre, dodaję do moich dań. Nie ma sensu sprowadzać z drugiego końca świata produktów, które można codziennie kupić tutaj, w Polsce, codziennie świeże i aromatyczne.

Jeśli chodzi o smak, to uważasz, że on też powinien być dostosowywany po polskiego podniebienia czy może gotujesz tak, jak jest to przyjęte w Tajlandii?
CH.D.: Smak naszych dań jest prawie taki sam jak w Tajlandii. Żeby to było możliwe, trzeba zachować oryginalną bazę. Dlatego trzeba użyć np. tamaryndu, cukru palmowego, galangalu, sosu rybnego, chili, cebuli, czosnku, skórek z limonki, które w Tajlandii suszy na słońcu moja rodzina specjalnie na potrzeby naszej restauracji, czy dzikiego imbiru.

Czy uważacie, że Warszawa jest wielokulturowa, jeśli chodzi o scenę restauracyjną?
P.Ś.: Jest dużo lepiej niż kiedyś, ale restauracji etnicznych jest wciąż za mało. Jeśli chodzi np. o kuchnię meksykańską, są tylko dwie, gdzie można naprawdę dobrze zjeść. A dwie to jednak mało. Tajskich jest pięć czy sześć, więc też niewiele. Rynek jest wciąż otwarty, można znaleźć tu swoje miejsce, trzeba tylko działać – mieć pomysł i umiejętności.

Trzeba też mieć dobry zespół – kucharzy i kelnerów, którzy powinni mieć odpowiednią wiedzę. Jak wygląda podział obowiązków w kuchni i kto na niej pracuje?
CH.D.: Wszystko robię sama. Kontroluję kuchnię produkcyjną, którą mamy na dolnym piętrze restauracji, a także tę, z której wychodzą dania – na górze. Moi kucharze powinni mieć podstawowe umiejętności: jak posługiwanie się nożem pod presją czasu, poprawną obróbkę mięs i ryb. Całą resztę wiedzy przekazuję im adekwatnie do stanowiska, które dla nich wybieram.
P.Ś.: Potrzebujemy rzemieślników, a nie artystów. Pracownicy muszą być silni, młodzi i zdrowi, ponieważ u nas przychodzi się na 10 do pracy, restaurację otwieramy o 11 i pracujemy przynajmniej do 23. Przez cały ten czas coś się dzieje i nie ma dłuższych przerw. Trzeba być wytrwałym, żeby tu przetrwać. Filozofię mam taką jak Anthony Bourdain – w restauracji jesteśmy na jednym pirackim statku, wszyscy płyniemy na wyspę po jeden skarb.

Nam, masz bardzo silną osobowość. Niewiele jest w Polsce kobiet pracujących na stanowisku szefowej. Jak zarządzasz zespołem mężczyzn?
CH.D.: Jestem dla nich jak mama, ale mama boss. Jako mama dbam o nich, jestem otwarta i czuła, mam dla nich serce. Ale z drugiej strony kontroluję. Jestem bardzo wymagająca i nie uznaję „robienia po swojemu”. Zanim otworzymy restaurację, trzeba ją posprzątać i też w tym uczestniczę. Dzięki temu, że ze wszystkimi pracuję na równi, oni bardziej mnie szanują.

A jakie sytuacje wyprowadzają cię z równowagi?
CH.D.: Po pierwsze, kiedy ludzie mnie nie słuchają. Jeśli coś powiem i ktoś odpowie: „tak, szef” – to ma to zrobić. Jeśli tak się nie dzieje, wpadam w gniew. Po drugie, nie cierpię w pracy ludzi zapominających o tym, że pracują w zespole. Chodzi o to, żeby nie skupiać się tylko na swoim, ale również pomagać innym. Po trzecie, uważam za niedopuszczalne okłamywanie mnie. Oczekuję od ludzi, że będą wobec mnie szczerzy i uczciwi. Do tego stopnia, że często pomagam im w kwestiach prywatnych. To jest restauracja, spędzamy wspólnie więcej czasu niż w domu, więc musi być zaufanie i ogólny szacunek.
Foto: Zosia Zija.
Foto: Zosia Zija.

Jak rekrutujecie kelnerów?
P.Ś.: Kiedyś było tak, że żeby być kelnerem, trzeba było przejść przez szkołę gastronomiczną. Dziś kelnerem może być każdy. Nie jest łatwo znaleźć ludzi. Były takie miesiące, że mimo promowanego ogłoszenia dostałem tylko trzy CV, z czego tylko jedna osoba była z doświadczeniem, dwie pozostałe pracowały wcześniej w telemarketingu. Tutaj nie możemy sobie pozwolić na zatrudnienie takich osób. Zdarza ją się jednak wyjątki, że ktoś nie ma doświadczenia w gastronomii, ale go przyjmujemy, bo bardzo chce pracować i się stara. To dla nas dobra sytuacja, bo takiego kelnera możemy nauczyć od podstaw. On nie ma naleciałości ze starych miejsc, nie zna też starej gastronomii, w której była walka między kuchnią i salą. W Thaisty wyeliminowaliśmy to zupełnie.

Gastronomia narzeka na wielką rotację pracowników.
P.Ś.: U nas cztery osoby są od początku. A dwie dziewczyny nawet pomagały nam stąd gruz wywozić. Zasada jest jedna i prosta: trzeba szanować ludzi, żyć z nimi na normalnej stopie. Jeśli my ludzi traktujemy normalnie, to oni chcą dla nas pracować. W zespole nie ma walki. Poza tym proponujemy dobre warunki pracy. Przez dwa lata zwolniło się u nas tylko dwóch, może trzech kelnerów, z czego jeden dlatego że dostał pracę menedżera na Mazurach.

Kto prowadzi wasze social media?
P.Ś.: Współpracujemy z firmą wspólnego kolegi, który od lat obsługuje nasze projekty. Spotykamy się codziennie. Robimy 10-minutowy brief. Ustalamy, co ma być publikowane. Co jakiś czas robimy bazę, z której potem korzystamy. Mamy swojego fotografa z Tasty-shots.com Karola Chrobocińskiego, który jest bratem naszego wspólnika Jarka. Robimy więc sesję 30 potraw, opisujemy je. Komunikacja polega przede wszystkim na prezentacji dań, czasem wrzucimy filmik lub wydarzenie na portal społecznościowy.

Stosujecie jakieś inne sposoby reklamowania restauracji?
P.Ś.: To się dzieje niejako samoistnie – kiedy dostajemy nagrodę czy wyróżnienie. W zeszłym roku dostaliśmy ich bardzo dużo, i nawet niekoniecznie dotyczyły gastronomii – np. wyróżnienie magazynu „Sukcesy i Osobowości” za osobowość roku dla szefowej, którą Nam odebrała wraz z wieloma osobistościami istotnymi dla naszej kultury. To nobilitujące, że dziewczyna z Tajlandii, która przyleciała do Polski pracować na utrzymanie swojej rodziny, może realizować marzenia. Mamy siebie, mamy swoją wymarzoną restaurację. To bardzo pomaga w promocji, bo ludzie nas znają z czasów, gdy to były tylko marzenia. Doceniają naszą pracę – to najlepsza reklama.

Inwestujecie w nośniki reklamowe?
P.Ś.: Od czasów poprzedniej restauracji uważamy, że najlepszym sposobem reklamy jest rekomendacja, a więc marketing szeptany. Jak widać, to się doskonale sprawdza. Nasi znajomi i goście mówią o tym, że na mieście jest o nas bardzo głośno. Uważamy, że to najlepszy nośnik.

Zdarzają się jednak niepochlebne recenzje – co wtedy?
P.Ś.: Jeżeli krytyczna recenzja jest merytorycznie poprawna, bierzemy ją pod uwagę. Jednak teraz mamy modę i nastały takie czasy w Polsce, że każdy chce być ekspertem i krytykiem kulinarnym. Każdy niby może nim być, bo nawet mamy specjalne portale do tego, ale też każdy myśli, że bycie krytykiem polega na... krytykowaniu. Gdy czytam niestworzone rzeczy, nie biorę ich pod uwagę. Jeśli opinia jest merytoryczna, zapala nam się czerwone światełko i na poniedziałkowym briefie z całą załogą restauracji o tym rozmawiamy. Staramy się to naprawić, naprostować.

Latem tego roku otworzyliście nad Wisłą food truck, a właściwie kontener pod szyldem Thaisty – z ulicznym jedzeniem. Rozumiem, że to dla restauracji finansowo opłacalna opcja?
P.Ś.: Niekoniecznie, bo food cost wzrasta o kilkanaście procent – trzeba zamówić dodatkowy towar, zatrudnić kolejnych ludzi. Poza tym trzeba pamiętać, że to street food, a więc ceny nie mogą być wyższe niż 25 zł. Bardziej to się opłaca wizerunkowo. Nie byliśmy na tym stratni, finalnie nie dokładaliśmy do tego.

Chyba faktycznie jesteście głodni nowych wyzwań, gdyż rozmawiamy chwilę przed otwarciem waszego nowego lokalu – Thaisty na Starym Żoliborzu. Dlaczego zdecydowaliście się na drugą lokalizację?
P.Ś.: Trzeba iść za ciosem!

Lokalizacja to ponownie plac – tym razem główny punkt komunikacyjny Żoliborza, czyli pl. Wilsona. Przypadek czy taki był plan?
P.Ś.: Trochę z przypadku. Jak już byliśmy pewni, że chcemy otworzyć drugą restaurację, to mieliśmy do wyboru trzy lokale. Świadomie wybraliśmy najjmniejszy.

Jak dokładnie wyglądało poszukiwanie lokalu? Ktoś wam go znalazł?
P.Ś.: Mamy znajomą, która pracuje dla wielu restauratorów, zawsze wie o lokalu wszystko. Jeżeli lokal należy do wspólnoty, to również wie o wspólnocie, czy zgodzi się ona na jakieś zmiany. Nasz lokal na leży do wspólnoty. Zarówno ten przy pl. Bankowym, jak i przy pl. Wilsona.

Czy coś Was zaskoczyło na etapie otwierania drugiego lokalu?
P.Ś.: Plac Wilsona to część Starego Żoliborza. Rada dzielnicy interesuje się wszystkim, co się w dzielnicy dzieje, i to bardzo. Przeszliśmy z pięć poważnych wywiadów środowiskowych, co, jak i dlaczego. Kilka rzeczy narzucono nam odgórnie. Pytano, jaką kuchnię będziemy serwować, dlaczego taką, kto będzie gotował. Chcieli ocenić, czy nasza koncepcja będzie pasować do pl. Wilsona.

Trzeba więc dobrze żyć i ze wspólnotą, i z dzielnicą?
P.Ś.: Oba lokale wynajmujemy od ZGN, ale jak już zaczynamy działać, najwięcej do powiedzenia ma wspólnota. To ona głosuje, co będzie się działo w ich lokalach użytkowych. Na Żoliborzu do dyskusji dołącza jeszcze rada dzielnicy. Na początku chcieli się zgodzić tylko na kawiarnię. Kawiarnia też będzie, z pyszną kawą jako dodatek do pad thaia. Nasza obsługa musi znać historię dzielnicy i jej zabytki, żeby opowiedzieć o tym potencjalnym turystom, jeśli zjawią się w lokalu. Poza tym urząd dzielnicy zainstaluje w naszym lokalu interaktywną mapę Żoliborza.

Jaki macie pomysł na kuchnię w nowym lokalu?
CH.D.: To będzie rodzaj kuchni przypominającej street food, choć to wyrażenie jest obecnie już mocno nadużywane. Będą tutaj bestsellery z pl. Bankowego, na pewno pad thai i curry, nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było. Kartę na pewno skrócimy, będzie w niej około 10-14 pozycji – przystawki, zupy, w tym oczywiście zupa z kaczki, oraz kilka klasyków lub autorskich propozycji od Chanunkan.

Mieliście się otworzyć już pół roku temu, skąd opóźnienia?
P.Ś.: Takie założenia były nieoficjalne. Niestety, czynnik ludzki często w takich przypadkach ma największe znaczenie. Musieliśmy zmienić ekipę remontującą lokal na nową, do tego dochodzi w całości wymiana witryny zewnętrznej, gdyż wiosną i latem chcemy być otwarci w całości na gości i plac Wilsona.

Kto zajął się projektem wystroju wnętrza?
P.Ś.: Wszyscy braliśmy w tym udział. Pomysły na rzeczywisty projekt przełożyła moja siostra Agnieszka Stefańska-Świątkiewicz. Koncepcja wystroju Thaisty przy pl. Bankowym wyglądała tak, że siadaliśmy z Jarkiem Chrobocińskim, naszym wspólnikiem, gadaliśmy pół nocy, czasami całą, a moja siostra słuchała. Potem dokładała swoją wizję naszych pomysłów, przychodziła z wizualizacjami, z projektami, możliwościami ich wykonania, a my akceptowaliśmy wspólnie najlepsze.

Z jakim wyprzedzeniem trzeba robić rezerwacje w Thaisty?
P.Ś.: To zależy. Teraz nie mamy ogródka, jest po sezonie letnim. Straciliśmy więc 60 miejsc. Jeśli chce się mieć stolik na sobotę, to najlepiej zadzwonić w środę. A w tygodniu wystarczy zadzwonić rano, żeby mieć miejsce na wieczór. Jeśli ktoś nie zrobi rezerwacji, zawsze zostaje common table, ewentualnie zostaniecie poproszeni o zaczekanie 10-15 minut przez osobę odpowiedzialną za rezerwację miejsc. Robimy, co możemy, żeby dla wszystkich naszych gości znaleźć miejsce i ugościć ich jak najlepiej.

Efekt jest taki, że rozmawiamy w poniedziałek po południu, a lokal jest pełen. Jak się z tym czujecie?
P.Ś.: Doskonale, jesteśmy z tego dumni, ale tak naprawdę nie mamy czasu, żeby się cieszyć. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zuchwale, ale naszym zadaniem nie jest siedzenie tutaj i patrzenie na ludzi, tylko zapieprzanie. Trzeba pracować nad tym, żeby każdy z gości wyszedł stąd zadowolony. Nie mamy więc czasu, żeby zastanawiać się, jak bardzo popularną restauracją jesteśmy, jesteśmy tego świadomi, ale mimo wszystko skupiamy się na pracy.

Chanunkan „Nam” Duangkumma
Data i miejsce urodzenia: 07.12.1983 r., Bangkok
Stanowisko: executive chef, współwłaściciel
Najważniejsze osiągnięcia: Thaisty

Piotr Świątkiewicz
Data i miejsce urodzenia: 19.05.1986 r., Warszawa
Stanowisko: menedżer, gospodarz, współwłaściciel
Najważniejsze osiągnięcia: Thaisty

THAISTY (PL. BANKOWY)
Rok powstania: 21.05.2015 r.
Liczba miejsc: 118 + latem ogródek: do 60
Liczba kucharzy ogółem: 16
Liczba kelnerów ogółem: 15
Średni rachunek: 120 zł
Liczba win w karcie: 30
Liczba coverów dziennie: ok. 400
Przedział cenowy dań: 17-59 zł
Najpopularniejsze danie: zupa z kaczki, cena: 25 zł

Wywiad ukazał się w „Food Service" 10/2016 nr 159.

Autor tekstu: Agata Godlewska
O AUTORZE
Agata Godlewska
Redaktor naczelna magazynu „Food Service” oraz portalu Ouichef.pl. Magister kulturoznawstwa w SWPS. Przygodę z branżą gastronomiczną rozpoczęła blisko 10 lat temu pod okiem Macieja Nowaka. Autorka niezliczonej ilości wywiadów z najważniejszymi polskimi szefami kuchni i restauratorami. Współtworzy i prowadzi coroczną konferencję Food Service Summit.

Zobacz także

Marcin Czubak szefem kuchni nowej restauracji

Dzień i Noc to nowa restauracja na kulinarnej mapie Katowic. Do tej pory w tym miejscu działała Kryształowa - kultowy lokal, z przedwojenną tradycją.

Massimo Bottura: Mała restauracja z wielkimi marzeniami

O roli szefów kuchni we współczesnym świecie, o idei #RespectFood oraz o tym, co jest obecnie naprawdę ważne w gotowaniu, opowiedział nam Massimo Bottura, szef trzygwiazdkowej restauracji Osteria Francescana.

Zwycięzcy 17. Kulinarnego Pucharu Polski

W tegorocznej edycji konkursu wzięło udział 10 drużyn z całej Polski, a na najwyższym podium stanęli Bartosz Peter i Rafał Kudliński. Z Bartoszem Peterem, junior sous-chefem restauracji Salt w hotelu Copernicus w Toruniu, rozmawiamy zaraz po wygranej.

Sebastian Krauzowicz: udział w IKA to ogromna nobilitacja

Polscy kucharze odnieśli w tym roku sukces. Był nim udział w 25. Olimpiadzie Kulinarnej (IKA). O udziale w tym wydarzeniu, przygotowaniach do niego i korzyściach zeń wynikających rozmawiamy z Sebastianem Krauzowiczem, trenerem i menedżerem kadry narodowej, która reprezentowała Polskę na IKA 2020.

Zaiyu Hasegawa

Urodził się i wychował w Tokio. W wieku 18 lat rozpoczął karierę kulinarną, pracował wraz z matką w ekskluzywnej tradycyjnej japońskiej restauracji serwującej dania w style kaiseki.

KUCHNIA BLISKA SERCU

Olga Lompa w Pałacu i Folwarku Galiny pracuje od 20 lat. Podaje kuchnię domową opartą na lokalnym produkcie. I choć inspiruje ją świat wielkiej, nowoczesnej gastronomii, najważniejszymi recenzentami kulinarnymi zawsze są goście. A oni wracają do Galin niezmiennie, od lat.

Inne kategorie

Akademia Horeca

SYSTEMY MOTYWACYJNE A WZROSTY SPRZEDAŻOWE W KATEGORII NAPOJÓW

W poprzednich artykułach omawiane były tematy istotne dla wzrostu sprzedaży i zysków kategorii napojów. Szukaliśmy odpowiedzi na pytanie, dlaczego kwestią fundamentalną jest inwestowanie w szkolenia dla zespołu, jak dopasować napoje do potraw, jak wyceniać napoje, omawialiśmy nadchodzące trendy.
więcej

Video

Ruch to zdrowie, ale pamiętaj o bezpieczeństwie
Zespół stresu pourazowego – jak zadbać o swoją przyszłość ?
Społeczna odpowiedzialność – myśl o innych
Techniki relaksacji – jak się zregenerować?
Obniżenie nastroju – zrób nowy plan
Lęk przed utratą pracy – jak sobie z nim poradzić?
Konflikty w rodzinie – jak do nich nie dopuścić?
Kontrola – jak jej nie stracić ?
więcej