x

W IMIĘ PRODUKTU

Kategoria: Ludzie    27.03.2017

Niestrudzony poszukiwacz jakościowych produktów regionalnych. Szef kuchni, właściciel, sommelier i menedżer w jednej osobie. Oto Przemysław Błaszczyk i jego opowieść o śląskim rynku gastronomicznym oraz umiejętnym łączeniu idei z biznesem.

Foto: Rafał Meszka
Foto: Rafał Meszka
„Food Service”: Słyszałam, że jesteś jedynym szefem kuchni w Polsce, który pokonał McDonald’s.
Przemysław Błaszczyk: To mocne słowa. Faktycznie, na jednym z deptaków w aglomeracji śląskiej działał McDonald’s, który się zamknął, zresztą chyba jako jeden z dwóch w Polsce. Ludzie się śmieją, że to ja go wykończyłem. Bo ja przetrwałem, a on nie. Nie znam powodów zamknięcia, więc to tylko anegdota.

Jak opisałbyś śląski krajobraz restauracyjny?
Aglomeracja śląska składa się z kilkunastu większych i mniejszych miast. Mieszka tu kilka milionów ludzi. Chorzów jest jednym z mniejszych, ma 120 tys. mieszkańców, Katowice – ok. 300 tys. Jeśli chodzi o gastronomię, możemy zacząć pisać esej, jest to tak zróżnicowany i trudny rynek. Mamy gości, którzy ciągle oczekują gastronomii z lat 90. Powodzeniem cieszą się lokale, gdzie zjemy duże porcje jedzenia z niekoniecznie dobrym produktem, ważna jest zaś cena. Na szczęście świadomość kulinarna wzrasta i restauracje podające ciekawe i jakościowe produkty mają coraz większą rzeszę fanów. Są kucharze, którzy serwują kuchnię ambitną, opartą na dobrym produkcie, nawet autorską. Jednak jeśli porównamy Śląsk do rynku warszawskiego, który jest najbardziej rozwiniętym rynkiem w Polsce, przed nami jeszcze długa droga i nawet nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy gastronomicznie tak rozwinięci jak stolica. Ale na pewno idzie ku lepszemu.

Dostałeś wyróżnienie od Slow Foodu za pionierskie wyszukiwanie produktów z różnych regionów Polski. Jak zdefiniowałbyś dobry jakościowo produkt?
To przede wszystkim taki, który został wytworzony naturalnie, bez polepszaczy smaków czy środków przyspieszających wzrost. Poza tym dobry produkt nie jest anonimowy. Wiadomo, kto go stworzył i kto się pod nim podpisuje. W przypadku dobrego produktu jakość i uczciwość idą w parze.

W jakiej części wykorzystujesz takie produkty w Mañanie?
Nie liczyłem, ale na pewno znaczną część. Mamy np. dwa rodzaje oleju rzepakowego tłoczonego na zimno. Pieczywo robimy sami na zakwasie, bez drożdży, z mąki z małego młyna, który ma certyfikat ekologiczny. Masło sprowadzamy z północy Polski, jest wyjątkowe, bo ze specjalnie ukwaszonej śmietany. Ryby z Bałtyku przyjeżdżają do nas świeże w każdy czwartek. Gdy się kończą, trudno, czekamy na kolejną dostawę. Dziczyznę sprowadzamy z okolic Sanoka i Nowego Sącza. Kawa, którą podajemy, parzona jest z ziaren bardzo dobrej jakości, z polskiej palarni, mamy też soki ekologiczne Maurera. Ponadto często korzystamy z produktów od okolicznych rolników czy hodowców. Bardzo ważna jest dla mnie współpraca z polskimi przedsiębiorcami, aby pieniądz, którym obracamy, zostawał na naszym rynku.

Czy mówisz to swoim gościom?
Myślę, że komunikujemy te informacje za rzadko. Nie wiem, czy wynika to ze skromności, czy z głupoty, bo przecież jakościowe produkty to doskonała forma marketingu restauracji. Natomiast mam wrażenie, że goście, którzy do nas trafiają i widzą rekomendację Slow Foodu, mają świadomość, że używamy właśnie takich produktów.

Masz poczucie, że zmieniasz śląską gastronomię?
Nie lubię mówić o sobie, że coś zmieniam, że odniosłem sukces. Bo co jest miarą sukcesu? Dla kogoś może nim być otworzenie 10 restauracji, dla innego nakarmienie stu osób albo widok uśmiechniętych gości. Mañana otworzyła się 7,5 roku temu i była pierwszym miejscem na Śląsku z nowym podejściem do gotowania. Chcieliśmy serwować dobre jedzenie, niekoniecznie polskie, ale oparte w dużej mierze na jakościowym polskim produkcie. Inne lokale zaczęły brać z nas przykład. Nie chcę powiedzieć, że jestem wzorem, ale na pewno byliśmy częścią przełomu, udowodniliśmy, że da się podawać dobre jedzenie, w swobodnej formie, które nie kosztuje fortuny. Teraz jest wysyp lokali typu bistro na Śląsku, ta nazwa stała się całkiem modna. W innych regionach Polski pewnie też.

To wszystko bardzo ładnie brzmi. Ale czy pojedyncza autorska restauracja, ze świetnymi produktami i bardzo dobrym jedzeniem może się sama utrzymać?
Tak, oczywiście. Tylko nakład pracy pozwalający wygenerować zysk jest dużo większy niż przy prowadzeniu knajpy na poziomie – brzydko mówiąc – przeciętnym. Dlaczego? Moje bistro ma niespełna 30 miejsc siedzących, a zespół liczy 13 osób. Generuje to ogromny koszt, podobnie jak produkty, których używamy. W pracy spędzam siedem dni w tygodniu, zajmuję się gotowaniem, zamawianiem towaru, układaniem menu, a oprócz tego, że jestem szefem kuchni, pełnię również funkcję menedżera, szkolę personel. Moja żona dba o sprawy kadrowe, finansowe i organizacyjne. Gdybyśmy mieli zapłacić komuś za wykonywanie obowiązków, byłoby to nieopłacalne. Musielibyśmy albo podnieść ceny, albo bardziej pilnować food costu – ciąć wydatki na pewne produkty, zamieniać je na tańsze odpowiedniki.

Tymczasem masz jeszcze klub muzyczny Cooler, właśnie otworzyłeś pizzerię Novo – to taka „druga noga”, lokale bardziej komercyjne?
Pozostałym lokalom, których jestem współwłaścicielem, również muszę poświęcić czas, włożyć energię, żeby funkcjonowały. Tam jest jednak łatwiej niż w przypadku Mañany, bo mam kolejnego wspólnika i kadrę menedżerską. Poza tym klub muzyczny (Cooler Club) w weekend generuje wyższe obroty, sprzedajemy alkohol, który nie psuje się tak szybko jak jedzenie. To zupełnie inny format biznesowy, który ułatwia nam życie. Mañana zapewnia nam dach nad głową, ale to dzięki „drugiej nodze” możemy np. pojechać na wakacje czy kupić nowy telewizor.

Novo, które właśnie otworzyliście, to kontynuacja projektu Sezo’novo – letniej pizzerii przy Katowickim Parku Leśnym.
Sezo’novo było spontanicznym letnim projektem, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Przypadkiem kupiliśmy kontener, piec do pizzy, znaleźliśmy szefa kuchni, który zdecydował się z nami współpracować. Gościom posmakowała nasza pizza i pytali, czy będzie dostępna również poza sezonem – więc odpowiadając na te potrzeby, otwieramy lokal na stałe. Kupujemy jeden z najdroższych rodzajów mąki na świecie, dobrą mozzarellę, oprócz tego mamy piec opalany drewnem, a nie elektryczny, co dla mnie jest podstawą. Widzisz, to działa tak: w Novo będę sprzedawał pizzę, a dzięki temu w Mañanie będę mógł podawać na lunch risotto z serem dżersejowym blue z rancza Frontiera i nie będę musiał narzucać na niego wysokiej marży (w końcu to ser, który kosztuje 120 zł za kilogram).

Która kuchnia świata jest dla ciebie największym wzorem?
Na co dzień inspiracje czerpię z kuchni francuskiej, z książek Michaela Roux, Joëla Robuchona, Alaina Ducasse’a. Ich książki to klasyki – z przepisami na fantastyczne sosy, odpowiednio przygotowane ryby, mięsa. To techniki, które pomagają mi podczas pracy z polskimi produktami, przy tworzeniu ciekawych potraw. Nie potrafię jednak powiedzieć, która kuchnia jest tą jedyną. Nie lubię przekombinowanego jedzenia, najlepiej, gdy jest świeże i proste. Na przykład ryba – świeżo wyjęta z wody, upieczona w całości, do tego kawałek bagietki, cytryna i sałata. Więcej do szczęścia nie potrzebuję. Podobnie działa na mnie kuchnia domowa, zrobiona „od serca”: na przykład tradycyjna rolada z kluskami śląskimi – specjalność mojej teściowej, czy gęś, którą piecze mój ojciec. Albo pierogi ruskie – gdybym miał wybrać ostatni posiłek przed śmiercią, właśnie to bym zjadł.

Na ile czujesz się Ślązakiem w swojej kuchni?
Potraw stricte śląskich nie gotuję, ale traktuję je jako inspirację. Na przykład we wrześniu z okazji siedmiolecia Mañany przygotowaliśmy menu z siedmiu dań – wszystkie potrawy miały śląskie nazwy i były moją interpretacją kuchni śląskiej. Na co dzień również wykorzystujemy produkty i dania kojarzone ze Śląskiem: krupniok (czyli kaszankę), śledzie, żur, szare kluski, modrą kapustę. Jest jeszcze dziczyzna, którą na Śląsku dość często jadano. Staram się nie używać wieprzowiny i białego drobiu. Ale kaczkę, która jest naszą regionalną potrawą, mamy w karcie od samego początku. Przygotowujemy ją wcześniej, konfitując przez 12 godzin (przez co jest łatwiejsza do codziennego serwisu) i podajemy z kluskami z serem Emilgrana (czyli „polskim parmezanem”), z czerwoną kapustą gotowaną w soku z ananasa – zamiast z jabłkiem i boczkiem.

Kochasz wino i znasz się na nim. Jaki masz klucz doboru win w karcie?
To była ewolucja. Osiem lat temu zaczynaliśmy z winami hiszpańskimi (zresztą w ten sposób trafiliśmy na nazwę Mañana). Z czasem otworzyliśmy się na Włochy i Francję, potem na Nowy Świat. Kiedy etykiet zrobiło się sporo i pojawiały się problemy z importem, postanowiłem inaczej pomyśleć o winie: czemu mam czekać trzy miesiące, aż ktoś przywiezie wino z Chile czy z Australii? Bez sensu. Żyję w Polsce, polscy winiarze robią postępy – moim zdaniem ogromne – więc postaram się mieć choć kilka pokazowych polskich etykiet. Skupiłem się na naszym makroregionie. Zacząłem współpracować z winiarzami z Czech, Słowacji, Węgier, Gruzji czy Austrii. Każdego wina staram się najpierw spróbować. A to dość długi i mozolny proces – trudno byłoby spróbować 80 butelek wina w jednym tygodniu. Chorzów jest specyficzny, a mój lokal mały, więc staram się zredukować liczbę etykiet do około 60. Jednak już drugi miesiąc nie mogę. Próbuję nowych rzeczy i ciągle coś dodaję, więc pewnie skończy się na stu.

Wraz z Aleksandrem Baronem byliście chyba jedynymi szefami kuchni, którzy sędziowali podczas targów Eno Expo w Krakowie. Czy uważasz, że wiedza w kwestii food pairingu jest niezbędna w profesji kucharza?
To zależy, jakim szefem kuchni jesteś, w jakim miejscu pracujesz i w jakim kierunku chcesz się rozwijać. Wino króluje w restauracjach na całym świecie. Są to coraz częściej mniejsi producenci, regionalni, dobierani pod specyfikę lokalu. Jeśli w restauracji jest sommelier, to szef kuchni powinien z nim ściśle współpracować: jeden musi próbować potraw, a drugi wina. Nie można nauczyć się wina z książek. Warto znać specyfikę wina, tego, że „żyje”. Riesling od konkretnego producenta z 2014 r. będzie smakował fantastycznie, ale już z 2015 r., z tych samych krzewów, będzie niepijalny (bo np. winorośle zostały zaatakowane przez bakterie). Tak samo jest na przykład z marchewką. Nie można powiedzieć, że zawsze należy dodać jej do sosu tyle samo, bo każda smakuje inaczej, każda jest z innej uprawy. Zawsze trzeba próbować.

A jak znaleźć odpowiedni personel – kucharzy, kelnerów – którzy zrozumieją twoje podejście do gastronomii?
Wykwalifikowanych ludzi jest coraz mniej, a jeśli już są, to wyjeżdżają do Warszawy albo Londynu. Zaczyna się więc toczyć wojna o personel. Musimy sobie radzić w trudnych czasach i liczyć się z tym, że nie zawsze trafi do nas profesjonalista z doświadczeniem ze świetnego lokalu. A jak już przyjdzie, to niekoniecznie będzie chciał pracować za stawkę, którą mu zaoferujemy, bo może będzie uważał, że jest wart dużo więcej i będzie wolał pracować we Wrocławiu czy w Warszawie. Rozmowa kwalifikacyjna może wypaść świetnie, CV może być idealne, ale dzień próbny i rzeczywistość wszystko weryfikują. Przy większym ruchu wystarczy parę godzin w kuchni, żeby prawda wyszła na jaw. Ludzie kłamią. A mnie zależy na kucharzach, którzy chcą się rozwijać i uczyć, szanują produkt i wytrzymują stres. Według mnie kucharz nie musi mieć wielkiego doświadczenia. Pracowałem z kilkoma chłopakami, którzy u mnie zaczęli karierę w kuchni i przez kilka lat zrobili ogromny postęp. Czasami wystarczą pasja do gastronomii, zapał i wyczucie smaku, żeby zdziałać znacznie więcej, niż gdy ma się edukację ze szkoły.

A jak wygląda sytuacja z obsługą sali?
Niestety, to ciężki temat. Największy problem sprawia najmłodsze pokolenie. Kiedyś zdarzył mi się kelner, który gdy przychodził do pracy, to najpierw szedł do kiosku po gazetę, robił sobie kawę, potem ją całą czytał, a następnie podchodził do okienka i mówił: „Zróbcie mi coś do jedzenia”. Nie trwało to długo. Rotacja w tej branży jest, niestety, wysoka. Zależy nam przede wszystkim na tym, aby obsługa była gościnna, a przy tym miała wiedzę. Żeby osiągnąć więcej, potrzeba czasu, chęci i otwartej głowy. Ważny jest również system szkoleń. Jeśli mamy osobę, która nie do końca zna kartę, bo pracuje dopiero drugi tydzień, ale potrafi się uśmiechnąć, powiedzieć: „proszę” i „przepraszam”, donieść zupę, nie wylewając połowy i do tego jest serdeczna, to z kogoś takiego jesteśmy w stanie zrobić dobrego kelnera.

Wziąłeś udział w „Top Chefie”, piszesz felietony, doradzasz restauracjom, prowadzisz szkolenia. Co daje ci ta dodatkowa pozarestauracyjna działalność?
Jedno to moja aktywność medialna, a drugie to pozostałe zlecenia. Część działań (warsztaty, konsultacje itd.) prowadziłem ze względów czysto finansowych – chciałem po prostu zarobić trochę pieniędzy. Albo ruch w restauracji był mniejszy i trafiła się okazja do sprzedania innym swojej wiedzy i doświadczenia. A to jest oczywiście znacznie łatwiejsze niż spędzenie 16 godzin w kuchni. Ostatnio dostałem np. propozycję przeprowadzenia audytu w hotelu. Zapotrzebowanie na takie szkolenia czy konsultacje jest bardzo duże. Zdarzały się też osoby, którym odradzałem otwarcie lokalu, bo były zupełnie zielone w gastronomii, nie wiedziały, o co w tym chodzi. Skoro mieli inną dobrze prosperującą firmę, to może lepiej, żeby się jej trzymali. Nie posłuchali mnie, spotkaliśmy się po trzech latach, wyznali, że od trzech lat nie byli na wakacjach.

Wróćmy do działalności medialnej. Czy udział w „Top Chefie” miał przełożenie na twój biznes?
Tak, bardzo, a zupełnie się tego nie spodziewałem. Nie prowadzę dokładnych rozliczeń, ale po tym, jak dotarłem do finału programu, zaczęliśmy mieć średnio dwa razy większy ruch niż zwykle. Musieliśmy przebudować kuchnię, zatrudnić dwóch kucharzy i dwie kelnerki, a mimo to nadal ledwo dawaliśmy radę. Było to dla nas ogromne wyzwanie, ale i błogosławieństwo. Nie mam jednak ambicji, żeby być najbardziej znanym człowiekiem w Polsce. Gdyby tak było, pewnie skorzystałbym z usług jakiejś agencji marketingowej i kontynuował to. Do udziału w programie namówili mnie brat oraz wspólnik z drugiego lokalu, bo stwierdzili, że to będzie świetny zabieg promocyjny. Sam też miałem ochotę sprawdzić się i zmierzyć z profesjonalistami. Przez długi czas nie uważałem się za profesjonalnego szefa kuchni, nie skończyłem szkoły gastronomicznej ani nie pracowałem wiele lat pod okiem znanych szefów kuchni. Większość moich pomysłów pojawiała się pod wpływem inspiracji książkami i wiedzy zdobytej podczas kilku kursów Kurta Schellera.

Czy w końcu poczułeś się profesjonalistą?
Wciąż nie mam żadnego certyfikatu ani papierów mistrzowskich. Jednak czuję się szefem kuchni, ponieważ wykonuję ten zawód, zarządzam zespołem. Mam pomysły i czasem chyba potrafię coś ugotować, zapełnić lokal w Chorzowie, a do tego jedzenie, które podaję, wywołuje zadowolenie u moich gości.

Jak dbasz o swoje zdrowie i higienę pracy?
To jest naprawdę bardzo trudne. Pracuję dużo, siłą rzeczy kosztem rodziny i przyjaciół. Muszę nauczyć się bardziej delegować obowiązki i takie mam postanowienie po otwarciu nowego lokalu.

Czy nie boisz się wypalenia zawodowego?
W jakimś sensie ono zawsze się pojawia. Jeśli robisz coś non stop, to prędzej czy później przychodzi taki moment, że masz tego dość.

Co wtedy zrobić?
Wtedy należy po prostu pojechać na urlop. Albo powiedzieć sobie „zmieńmy coś”. Trzeba szukać – i znaleźć w sobie nową pasję, bo ta wcześniejsza przerodziła się w zawód. Można też udać się po pomoc do specjalisty. Sam tego jeszcze nie robiłem, ale mam za sobą kilka kryzysów związanych z przepracowaniem. Obecnie jestem w stanie trudnym, bo dużo dzieje się w moim życiu – jest nowy lokal, jest córka, z którą się rzadko widuję, i mi to doskwiera. To się nawarstwia, a wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy prostą konstrukcję – mózg, serce, mięśnie – i trzeba o nią zadbać. Na każdego działa coś innego, ale fajnie jest zacząć uprawiać sport, bo to doskonała odskocznia (w przeciwieństwie do alkoholu i narkotyków). Ja kocham snowboard, ale zima jest krótka, więc znalazłem sobie drugi sport – bieganie. Biegam kilka razy w tygodniu, rano przed pracą, 5-7 km, dzięki temu jestem cały dzień naładowany energią. Kiedyś trenowałem do półmaratonu i udało mi się go przebiec, a teraz biegam sam dla siebie.

A jak wygląda twoja codzienna dieta? W przypadku większości kucharzy nie jest z tym najlepiej...
Tak, szewc bez butów chodzi. Sam popełniam ten błąd, że nie jem w ciągu dnia, tylko dopiero po zakończeniu zmiany, późnym wieczorem. Posiłki z reguły są byle jakie – a kawał ciężkiego mięsa przed snem nie jest najlepszy dla organizmu. Sam nigdy bym nie zrezygnował z pieczywa, mięsa i masła, ale można dietę zbilansować. Muszę więc zwrócić uwagę na to, co i kiedy jem: więcej warzyw, kaszy i ryb.

Na koniec pytanie, które chyba każdy ci zadaje: czy porzucisz kiedykolwiek Śląsk i przeprowadzisz się do Warszawy?
Tego nie planuję. Gdy już moja córka się usamodzielni, bardzo chciałbym przeprowadzić się na wieś, założyć małe gospodarstwo z restauracją otwartą np. od środy do niedzieli, tylko wieczorem, serwować tam wyłącznie produkty z okolicy. Pewnie wybrałbym góry, bo je kocham. Na starość czemu nie? To byłaby taka emerytura, bo, niestety, nasze państwo nie gwarantuje nam opieki. Jednak przede mną jeszcze jakieś 15-20 lat. Najpierw obowiązki, rodzina, dziecko. A Warszawa? Może kiedyś gościnnie – tego nie wykluczam – ale nie planuję tam przeprowadzki.

PRZEMYSŁAW BŁASZCZYK
Data i miejsce urodzenia: 10 lipca 1981 r.
Stanowisko: szef kuchni, właściciel wraz z żoną Mañana Bistro & Wine Bar, współwłaściciel Novo, Sezo’novo, Cooler Club & Food
Najważniejsze osiągnięcia: wciąż przede mną

MAÑANA BISTRO
Rok powstania: 2009
Liczba miejsc: 28
Liczba kelnerów ogółem: 6
Liczba kucharzy ogółem: 6
Liczba etykiet win w karcie: 80
Liczba win na kieliszki: 6 rotujących
Średni rachunek: 70 zł
Lunch: zupa + kanapka/20 zł, zupa + makaron lub risotto/25 zł, zupa + danie dnia/30 zł
Najlepiej sprzedające się danie główne: konfitowane udo kaczki z czerwoną kapustą gotowaną w soku ananasowym, emulsją z kapusty gotowanej w czerwonym winie, kluskami z dodatkiem sera Emilgrana, sos karmelowo-rodzynkowy – 50 zł

Autor tekstu: Agata Godlewska
O AUTORZE
Agata Godlewska
Redaktor naczelna magazynu „Food Service” oraz portalu Ouichef.pl. Magister kulturoznawstwa w SWPS. Przygodę z branżą gastronomiczną rozpoczęła blisko 10 lat temu pod okiem Macieja Nowaka. Autorka niezliczonej ilości wywiadów z najważniejszymi polskimi szefami kuchni i restauratorami. Współtworzy i prowadzi coroczną konferencję Food Service Summit.

Zobacz także

BĘDZIEMY JEŚĆ ROŚLINNIE

Jej misją jest sprawienie, by jedzenie wegańskie było dostępne na każdym rogu ulicy. Nie jest jednak wojującą weganką, lecz twardo stąpającą po ziemi business woman. Potrafi badać rynek i przepowiadać trendy - przeczytajcie, o czym opowiedziała nam Malka Kafka.

Paweł Chomentowski - studium z natury

Większość zawodowego życia spędził w Trójmieście, ale dopiero w Warszawie jego nazwisko stało się rozpoznawalne. Paweł Chomentowski ceni prawdziwe, nieprzekombinowane jedzenie i wsłuchuje się w oczekiwania swoich gości.

Rozmowa z Piotrem Popińskim

Restaurator, biznesmen, właściciel konceptu gastronomiczno-kulturalnego: Dom Wódki - Restauracja Elixir, Vodka Atelier, The Roots Bar & More, Muzeum Wódki, Elixir Boutique w rozmowie z "Food Service" zdradza kulisy planowanego na październik Festiwalu Wódki i Zakąski.

Thaisty: trzeba iść za ciosem!

Ona jest szefową kuchni, on menedżerem. Razem są parą zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. W 2015 r. wspólnie otworzyli Thaisty - restaurację, której problem pustych stolików nie dotyczy. Poszli więc za ciosem i przygotowują się do otwarcia kolejnego lokalu.

Alicja i Alon Than: z precyzją i pasją

Sushi jest i będzie obecne na rynku, ale swój okres świetności w Polsce już przeżyło. Teraz coraz popularniejsza robi się ciepła kuchnia Japonii - mówią Alicja i Alon Than, właściciele sieci restauracji z kuchnią azjatycką.

MOGĘ ROBIĆ, CO CHCĘ

26-latek, który prostymi daniami zachwyca poznańskich smakoszy, krytyków kulinarnych, blogerów. Absolwent Le Cordon Bleu. Pracował w restauracjach we Włoszech, w Londynie, Szczecinie. Wielbiciel kina i muzyki. Marzy o domku w górach.

Inne kategorie

Akademia Horeca

Skuteczna ekspozycja i zatowarowanie restauracji

Dbanie o odpowiedni kontakt wizualny, zagwarantowanie priorytetu produktom najważniejszym z punktu widzenia klienta, dyskretne oznakowanie jakości oferty to droga, która doprowadzi do zwiększenia sprzedaży i zysków.
więcej

Video

Ruch to zdrowie, ale pamiętaj o bezpieczeństwie
Zespół stresu pourazowego – jak zadbać o swoją przyszłość ?
Społeczna odpowiedzialność – myśl o innych
Techniki relaksacji – jak się zregenerować?
Obniżenie nastroju – zrób nowy plan
Lęk przed utratą pracy – jak sobie z nim poradzić?
Konflikty w rodzinie – jak do nich nie dopuścić?
Kontrola – jak jej nie stracić ?
więcej