x

KUCHNIA TO MĘSKI ŚWIAT

Kategoria: Ludzie    24.04.2017

Kiedyś charakteryzatorka, teraz szef kuchni. Doświadczenie gastronomiczne zdobywała m.in. w dwugwiazdkowej restauracji La Palme d’Or w Cannes, była szefem kuchni hotelu Monopol we Wrocławiu. Od marca tego roku jest współwłaścicielką wrocławskiej restauracji Jadka.

Foto: Rafał Meszka
Foto: Rafał Meszka
„Food Service”: Czy jesteś osobą odważną? Gdy patrzę na twoje życiowe decyzje, to myślę, że masz w sobie dużo odwagi.
Justyna Słupska-Kartaczowska: Jeżeli mając trzydzieści kilka lat i pracę charakteryzatorki, podjęłam decyzję, że zmieniam życie i zostaję kucharzem, to na pewno tak. Ludzie często pytają, czy przy takim trybie życia jest miejsce na życie prywatne. A ja zdecydowałam, że zostaję w kuchni. Nie mam problemu z brakiem czasu wolnego, byłam świadoma, że tak się stanie. Jestem w pracy cały czas i nigdy nie zdarzyły mi się chwile nudy albo złości na tę sytuację. Nie patrzę na zegarek w oczekiwaniu na moment, kiedy będę mogła wyjść z fabryki.

W jaki sposób podejmuje się takie decyzje?
To był dla mnie czas wikingów i popiołów. Siedziałam w domu i zastanawiałam się, co zrobić z życiem. Przyszło mi do głowy, że jedyną rzeczą, którą wykonuję bez wysiłku, jest gotowanie. Domowe – dla męża, dziecka, znajomych. Sprawia mi ono ogromną satysfakcję. Samo wchodzi, nie muszę ze sobą walczyć. Postanowiłam więc spróbować. Choć wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że gotowanie w domu i gotowanie jako kucharz to dwa zupełnie różne światy.

W gotowaniu pociągała cię kreacja czy bardziej aspekt usługowo-rzemieślniczy?
Gotowanie to niewątpliwie sztuka, ale u jego podstaw leży katorżnicza praca: dyscyplina, wysiłek fizyczny. W związku z tym młodych kucharzy przez pierwszy rok nie uczę gotować, lecz sprzątać i dyscyplinować. Trzeba opanować podstawowe zachowania i systemy w kuchni, dopiero potem można zająć się gotowaniem. Żeby być szefem kuchni, powinno się przejść przez każdy szczebel: od zmywaka, przez układanie papierków serwisowych, po wycieranie talerzy. Tak zresztą funkcjonują gwiazdkowe restauracje.

Przez 6 lat, choć z przerwami, pracowałaś dla państwa Likusów w hotelu Monopol we Wrocławiu. Jak to się dzieje, że szefowie kuchni pracujący dla tej rodziny są tacy wybitni?
Kiedy zostajesz „ich” szefem kuchni, dostajesz dużą dozę zaufania i swobodę. To nie jest restaurator, który cały czas patrzy na ręce albo mówi, żeby robić schabowe, bo w restauracji obok świetnie się sprzedają. Oprócz tego dają możliwości, od ciebie zależy, jak je wykorzystujesz. Jako szef kuchni oczywiście dbasz o towar, zatrudniasz pracowników, kontrolujesz. To, że Krzysiek Żurek pracuje u nich od 18 lat, Marcin Filipkiewicz od 13 lat, a Darek Barański od 8 lat, wynika z tego, że jest im dobrze z takimi pracodawcami. Nie są niczym ograniczeni, są docenieni. W moim przypadku zapewne staż byłby podobny, gdyby nie pojawiła się propozycja z restauracją Jadka.

Jak wspominasz pracę w Cannes, w restauracji La Palme d’Or, gdzie spędziłaś prawie 2 lata?
Każdy, kto pracował „w gwiazdach”, wie, co to znaczy – praca zaczyna się 8.30, czasami jest przerwa i można zjeść w kantynie. O 12.30 startuje serwis, wszystko musi być przygotowane perfekcyjnie. Teoretycznie kończysz o 14.30 i masz przerwę do 18.00, ale często pojawiają się nieoczekiwane zadania i trzeba pracować, od 18.00 na pełnych obrotach do 1-2 w nocy. Ja miałam półtora dnia wolnego tygodniowo – niedziele i poniedziałki rano. Gdy zaczyna się festiwal filmowy, który trwa 11 dni, pracujesz codziennie od rana do nocy. A potem śpisz, spałam cały dzień. Każdy bierze jakieś witaminy, pije red bulla, różnie jest...

Nie brzmi to zbyt przyjemnie. Rozumiem jednak, że finalnie te doświadczenia wpłynęły pozytywnie na rozwój twoich umiejętności.
Długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego ta praca tak wygląda. W porównaniu z pozostałymi pracownikami La Palme d’Or byłam już stara. Oni mieli po dwadzieścia kilka lat, ja dużo więcej. Krzyczeli na mnie, a ja pytałam, po co mi to. Mieszkałam z dziewczyną po szkole hotelarskiej w Tuluzie, która codziennie płakała. Sama też płakałam, przez pół roku codziennie. Trzeba zapomnieć o godności, musisz nauczyć się pokory. Nie wiedziałam, dlaczego tak niemiłosiernie dużo się pracuje, dlaczego nikt nikogo nie szanuje, dlaczego panuje totalna dyscyplina, taka jak w wojsku. Jest nawet fala – ten, kto zostaje sous-chefem, gnębi cię jeszcze bardziej, niż kiedy sam był gnębiony. Trzeba wypracować w sobie bycie dobrym żołnierzem. Słuchasz rozkazu i go wykonujesz. Nie zastanawiasz się, dlaczego masz go robić, dlaczego ty, dlaczego tak szybko i perfekcyjnie. Nie zadajesz pytań. Dopiero po pół roku dotarło do mnie, po co tam jestem i dlaczego się męczę i męczą mnie. Poczułam, co mi to dało, kiedy stamtąd wyjechałam.

Mówisz, że gastronomia uczy pokory, ale ty wydajesz się osobą bezkompromisową.
To doświadczenie zmieniło moje nastawienie do kuchni i kucharzy. Oczywiście, jest tak, że ich szanuję za ciężką pracę. Zmęczony kucharz to zły kucharz, więc wiem, że powinni odpoczywać. Powinni mieć możliwość wyjeżdżania na staże, aby poznawać nowe rzeczy, uczyć się. Powinni odczuwać satysfakcję zawodową. Najważniejsza jest jednak pokora – cały czas trzeba mieć pochylone czoło. Nigdy nie myśl, że wszystko już wiesz – nic bardziej błędnego. Gastronomia szybko się rozwija i dla mnie wzorem są teraz młodzi ludzie.

Regułą jest narzekanie na młode pokolenie.
Są dobrzy, zdolni, a jeśli mają poukładane we łbach, to mają moc. Zauważyłam, że każdy kucharz zachowuje się jak jego szef, nawet jeśli już go opuści. Swoich kucharzy uczę, żeby pracowali bez narzekania. Dzięki temu w przyszłości, kiedy będą pełnili inne funkcje, będą pokorni.

A kto był twoim mistrzem? Lub jest?
Nie ma kogoś takiego. Mój szef w Cannes był OK, czułam, że mnie w jakiś sposób lubi. Zresztą byłam tam ewenementem, bo byłam w jego wieku. Szef był odpowiedzialny za cały hotel, w którym miał trzy restauracje, w tym jedną gwiazdkową. Myślę, że bycie executive’em w takim obiekcie to naprawdę ciężka praca.

Wiedziałaś, że masz talent? A może ktoś cię o tym poinformował?
Nikt mi nigdy nic takiego nie mówił. Doceniam nagrody, zwłaszcza te przyznawane przez branżę kucharską. Jednak to zadowolenie gości jest miernikiem mojego talentu. Sama gotuję zaś to, co mam w głowie. Nie wiem, czy jestem zdolna. Gotuję od dawna, smaki znam niemal na pamięć. Czasami nawet nie muszę próbować, żeby wiedzieć, jak dane połączenie smakuje. Ta umiejętność wynika z warsztatu, wypracowanych przez lata czynności, technik. Porównuję się tutaj do Jiro, który przez lata gotował ryż, perfekcyjnie. Ja w Cannes robiłam cały czas risotto, czasami kilkadziesiąt razy dziennie i dziś wydaje mi się, że robię je dobrze. Kiedy uczę swoich kucharzy robić risotto, widzę, jak pewne rzeczy – np. stan ziarna – są dla nich trudne do ocenienia, a dla mnie oczywiste. I tak jest w kuchni ze wszystkim. Najprostszą rzecz musisz powtórzyć kilkadziesiąt razy, aby opanować ją bezbłędnie.

Gdzie tu zatem miejsce na kreatywność?
No właśnie. Ona jest permanentnym procesem, który dzieje się w mojej głowie. Lubię, gdy rzeczy oczywiste łączą się w nieoczywisty sposób. Z kolorami jest podobnie, choć sama lubię talerze w jednym kolorze. To chyba jedyny moment, kiedy wyobrażam sobie, jak chciałabym, aby wyglądał talerz, jakie składniki chcę na nim zobaczyć. Wtedy zajmuję się smakiem – czy danie ma być słone, czy słodkie, czym je zbalansować itp. Najpierw więc myślę o kolorach.

Nie wychodzisz od produktu jak większość kucharzy?
Od produktu to chyba wychodzą rolnicy. No oczywiście, on jest ważny, też go szukam, ale dopiero później. Najpierw mam w głowie danie, potem zastanawiam się, jak je ułożyć, następnie kombinuję, co do czego pasuje. Teraz mamy sezon na czosnek niedźwiedzi, więc myślę, żeby go zakisić, ale przecież najlepszy jest świeży. Daję więc go do sałaty. Robię też na jego bazie emulsję na żółtku, żeby go maksymalnie wykorzystać. Choć oczywiście pamiętam, żeby nie przesadzić. W takich właśnie sytuacjach myślę o produkcie. Ale zwykle on zawsze jest na końcu, kiedy już zwizualizuję danie w głowie.

Wiem, że często wyjeżdżasz za granicę – jadasz w gwiazdkowych restauracjach, uczestniczysz w konferencjach gastronomicznych, podglądasz pomysły topowych szefów kuchni. Gdzie w świecie kulinarnym kończy się według ciebie inspiracja, a zaczyna plagiat?
Konferencje czy degustacje to oczywiście inspiracja. Tak właśnie spędzam wakacje. Największą radość w życiu sprawia mi gotowanie i jedzenie, więc gdy wyjadę na trzy dni i codziennie zjem w innej restauracji, wracam wypoczęta. Nie zdarzyło mi się jednak, żebym po przyjeździe przygotowała jakieś danie od początku do końca takie, jak zjadłam. To samo dotyczy przepisów z książek. Zazwyczaj inspiruje mnie jakiś element dania. To może być coś prostego, wykorzystanie zioła czy warzywa. Łączę je potem z innymi składnikami, z którymi do tej pory nie były łączone.

A co dał ci udział w tak wywrotowym kolektywie jak Food Think Tank?
Nie uczestniczę w ich ostatnim projekcie – „Korzeń. Studium przypadku”. Z powodu restauracji nie miałam na to czasu. Natomiast praca z Food Think Tank na pewno dała mi poczucie dystansu. Wyszłam z kuchni i popatrzyłam na nią z boku, co zdarza mi się rzadko. Poszłam na łąkę i do lasu, bo przecież FTT nie jest bezpośrednio związany z gotowaniem. Ono tam nie jest priorytetowe jak w restauracji. Razem tworzy się wydarzenie, które ma formę kolacji, ale na wszystkie jej elementy – np. ceramikę, zapachy, napoje – położony jest taki sam nacisk jak na potrawy. Dzięki FTT dostrzegłam więc nowe obszary, niekoniecznie powiązane z moją codzienną pracą w restauracji.

Restauracja Jadka, której współwłaścicielką jesteś od niedawna, to słynne miejsce we Wrocławiu, niegdyś sygnowane przez panią Magdę Gessler. Czy przejęcie takiej restauracji stanowiło dla ciebie pewnego rodzaju stres albo ciężar?
Nie czułam żadnego obciążenia. Zdecydowałam się na to miejsce, ponieważ dość intensywnie myślałam o kuchni polskiej. Jadka wypracowała już swoją markę – sama nie miałam pomysłu na nazwę własnej restauracji. Ta mi nie przeszkadza, jest OK. Magda Gessler też mi nie przeszkadza. Potraktowałam to w kategoriach wyzwania, czegoś, z czym muszę się zmierzyć. Zależy mi, żeby na talerzu pojawiło się danie w 100 proc. z polskich produktów.

Podajecie kuchnię staropolską, szlachecką – co to znaczy?
Wcześniej podawano tu kuchnię polską szeroko rozumianą. Byłam kiedyś w restauracji w Polanicy, podobno z polską kuchnią, tymczasem w menu figurowała pizza i makaron. Pomyślałam: – No, tak. Dania są dostosowane do oczekiwań gości. Dzieci chcą makaron, pizzę lub burgera, ojciec golonkę, a mama barszcz. A więc to też jest kuchnia polska, w której potrawy adaptowane są do naszych warunków. Np. pizza z kiełbasą albo makaron wstążki, o którym nie myślisz już, że to papardelle, ale właśnie wstążki, które podajesz z pomidorami i oregano. Mnie jednak zależało na odkopaniu dań czy produktów używanych kiedyś. Zaczęło mnie interesować, czy w kuchni polskiej pojawiały się homar i ostrygi. Okazuje się, że od XVII w. owszem! Całe szczęście, bo kocham jedne i drugie.

Wykorzystujesz stare przepisy i je reinterpretujesz?
Próbowałam. To bardzo trudne zadanie. Od powstania tych przepisów minęło ponad 300 lat, smak produktów zmienił się, estetyka talerzy jest dziś inna. Menu w Jadce stanowi raczej moją interpretację kuchni polskiej. Ale wykorzystuję myśl przewodnią dawnej receptury – np. biorę dwa dominujące składniki i na ich bazie tworzę kompozycję, która kojarzy mi się z kuchnią polską.

Nie jest tak, że goście, przyzwyczajeni do wcześniejszych propozycji, oczekują bogatego, a nie ascetycznego talerza?
Zachowałam formę, która sprawdzała się tu wcześniej – duże porcje, nadal je podajemy, tak żeby nie kojarzyły się z menu degustacyjnym, choć mamy w planach stworzenie takiego. Będzie się nazywać „Rozporządzenie na wiosnę”, „...na lato”, „...na jesień” itd. My, Polacy, kiedyś byliśmy mocni w kuchni, uczyliśmy Francuzów gotować, dysponowaliśmy mnóstwem produktów. We Francji zwracano mi uwagę, że mamy zupę z buraków, co wynika z biedy. Sama uważam zupy za bardzo mocną stronę naszej kuchni. I tak jak Francuzi mają 365 serów na każdy dzień roku, tak my mamy 365 zup.

Trudno je spotkać w restauracjach.
Właśnie. Dlatego uważam, że trzeba kopać w starych przepisach, my w karcie mamy flaki, rosół z kołdunami, robimy szczawiową, krupniki. To prawdziwe zupy, a nie izotopy jedzenia. Zupy są w polskiej tradycji mocne, ale też mięso. A do tego ryby słodkowodne, np. nadziewane szczupaki, sielawy i reszta. Jest potencjał i na tym trzeba pracować.

Występujesz teraz w nowej roli – współwłaścicielki restauracji. Jaki macie z Agnieszką Dyk podział obowiązków?
Podział jest jasny. Agnieszka odpowiada za salę, ja za kuchnię. Uważam, że to absolutnie perfekcyjny podział. Moje obowiązki zmieniły się o tyle, że w hotelu Monopol miałam na głowie głównie gotowanie, a teraz dzwoni do mnie pan elektryk, pani od mycia okien, hydraulik czy dostawca wina. Z drugiej strony Jadka to tylko jedna restauracja i jedna karta. W hotelu miałam do ogarnięcia więcej rzeczy – śniadania, restauracje Monopol i Acquario, menu bankietowe, menu na taras.

Kim są kucharze, z którymi pracujesz w Jadce?
Gdy zaczęłam myśleć o swojej restauracji, skontaktowałam się z Orsonem Hejnowiczem, który wówczas pracował w Oslo. Mówiłam mu, że może odejdę z Monopolu. On w tym czasie myślał o powrocie do Polski. Kiedy wiedziałam już, że wezmę Jadkę, zaczęliśmy rozmawiać o tym, żeby został moim sous-chefem. Jest młody, ale pracowaliśmy razem w Monopolu, znamy się, więc wiedziałam, czego mogę się po nim spodziewać. To bardzo zdolna bestia. Był jeszcze jeden młody człowiek w Monopolu, Dawid Aleksy „Hajcung”, z którym dobrze mi się pracowało. Okazało się, że też chciałby nadal ze mną pracować. A pozostali? Dziewczyna, którą zatrudniam na cukierni, wcześniej po prostu piekła ciasta, teraz próbujemy działać razem. Wszystko przed nami, to młody zespół. Choć jest też chłopak po trzydziestce, który dopiero zaczyna gotować, więc muszę wykazać dużą dozę cierpliwości w stosunku do niego, bo sama też zaczynałam późno. Jeżeli będzie świadomy, jak ciężka to praca, a przy tym konsekwentny, na pewno zajdzie daleko.

Czy kuchnia odbiera kobiecość? Nie przyjdziesz przecież do pracy z umalowanymi paznokciami.
Właśnie sobie uświadomiłam, że nigdy nie malowałam paznokci. Poproszę, żeby do trumny mi pomalowali. Na czerwono. A tak poważnie, co masz na myśli, mówiąc „kobiecość”?

Czerwone paznokcie to oczywiście fasada, stereotyp. Mówię raczej o poczuciu godności – opowiadałaś o ciężkich chwilach w Cannes, w takich sytuacjach trzeba zapomnieć o użalaniu się nad sobą.
Upokorzenia nie dotyczą jedynie kobiet, facetów również. Kuchnia to męski świat. Weszłam do niego i nie zamierzam go zmieniać. A czy byłabym bardziej kobieca, gdybym miała czerwone paznokcie u rąk? Nie. Moje dowcipy są mało wybredne, nie chodzę w koronkach ani nie noszę dekoltów. Ale jestem kobietą.

I nie jest tak, że po opuszczeniu restauracji wkładasz szpilki, malujesz rzęsy?
To nie mój styl. Uwielbiam prostotę i ona jest dla mnie bardzo ważna. A poza tym skromność, wcale nie fałszywa. To wypływa chyba z mojego podejścia do gotowania, do ludzi, do wszystkiego – z pokory. Ale zdarza mi się, że na wesele założę sandały na szpilce, pomaluję paznokcie u stóp na czerwono i włożę sukienkę. Nie jestem jednak pewna, czy w takich momentach czuję się bardziej kobieco. Kobiecość to coś wewnętrznego.

Jak zatem przejawia się kobiecość w kuchni?
W braku chamstwa. Kobiety neutralizują napięcia. Zauważyłam, że dobieram sobie kucharzy, z którymi mogę przeklinać, mogę być bezpośrednia, ale nie toleruję chamstwa. Lubię ludzi, którzy mają wysoką kulturę osobistą. I chyba nikt nie zaprzeczy, że gdy mówię w kuchni: „Zrób to”, zawsze dodaję „Proszę”. Więc może na tym polega kobiecość? Na łagodniejszym wydawaniu rozkazów? Mężczyźni są często obcesowi, my, kobiety – grzeczniejsze. Choć możemy być kategoryczne. Ja staram się być grzeczna i kategoryczna.

Wspominaliśmy o twoich podróżach do gwiazdkowych restauracji w Europie. Jak na ich tle wypada kuchnia polska?
Doskonale! Gdy byłam w Oslo czy Paryżu – wszędzie jadłam kaszę gryczaną. W Saturne w Paryżu po kolacji powiedziałam nawet do kelnerki, że bardzo się cieszę, że w żadnym daniu nie podali kaszy, a ona na to, że teraz to się pani zdziwi. Dostałam mus czekoladowy z chipsem z kaszy gryczanej. Zeszłoroczne podróże dały mi wiele do myślenia à propos kuchni polskiej. Chrzan, kasza, kiszonki... W jednej z restauracji dostałam ćwikłę, pan powiedział, że to niemiecki specjał. Oburzyłam się. Jestem Polką i wiem, że my jemy je z szynką, jajkami, na Wielkanoc. Wstydzimy się polskiej kuchni, tymczasem za granicą wykorzystują elementy tego, czego my się wstydzimy. To wynika ze statusu społecznego, rozwoju ekonomicznego. Brakuje nam pewności siebie.

A ty masz pewność siebie?
Pomyślałam sobie, że skoro oni mogą tak gotować, to czemu nie ja? I do tego w kraju kiszonek – nigdy nie jadłam lepszych ogórków kiszonych i kapusty niż w Polsce. Wydaje mi się, że te produkty najlepiej udają się tutaj. Pan Jarek spod Hajnówki robi najlepsze ogórki kiszone na świecie. Nie ma więc czego się wstydzić, trzeba walczyć.

JUSTYNA SŁUPSKA-KARTACZOWSKA
Miejsce urodzenia: Grajewo
Stanowisko: szef kuchni i współwłaściciel restauracji Jadka we Wrocławiu
Najważniejsze osiągnięcia: satysfakcja codziennie, po serwisie

RESTAURACJA JADKA:
Rok powstania: 2017
Liczba miejsc: 60
Liczba kelnerów: 5
Liczba kucharzy: 6
Menedżer, kierownik sali: Agnieszka Dyk
Liczba etykiet win w karcie: 57
Liczba win na kieliszki: 10
Średni rachunek: 150 zł
Lunch: nie ma lunchy
Najbardziej kontrowersyjne danie: ozór gotowany z hibiskusem, burakami i botwinką – 57 zł

Autor tekstu: Agata Godlewska
O AUTORZE
Agata Godlewska
Redaktor naczelna magazynu „Food Service” oraz portalu Ouichef.pl. Magister kulturoznawstwa w SWPS. Przygodę z branżą gastronomiczną rozpoczęła blisko 10 lat temu pod okiem Macieja Nowaka. Autorka niezliczonej ilości wywiadów z najważniejszymi polskimi szefami kuchni i restauratorami. Współtworzy i prowadzi coroczną konferencję Food Service Summit.

Zobacz także

Tomasz Tarkowski - F&B dyrektor w Concordia Design w Poznaniu

Z jednym z najbardziej znanych menedżerów w kraju rozmawiamy o tym, na czym polega jego praca, co właściwie leży w zakresie jego obowiązków oraz o tym, co może być interesującego w zawodzie związanym z gastronomią.

Piąty Polak z tytułem Q Arabica Grader

Krzysztof Szkutnik, roaster Etno Café, został piątym w Polsce kawowym ekspertem z prestiżowym tytułem Q Arabica Grader, przyznawanym przez Coffee Quality Institute z siedzibą w Kalifornii.

POCZUĆ MIERZĘCIN

Dawid Łagowski - szef kuchni. Piotr Stopczyński - enolog. Razem tworzą markę Pałacu Mierzęcin, odrestaurowanego kompleksu wypoczynkowego w województwie lubuskim. Na styku ich współpracy powstaje to, o czym marzy wielu - idealne połączenie lokalnego jedzenia z winnym terroir.

Rozmowa z Piotrem Popińskim

Restaurator, biznesmen, właściciel konceptu gastronomiczno-kulturalnego: Dom Wódki - Restauracja Elixir, Vodka Atelier, The Roots Bar & More, Muzeum Wódki, Elixir Boutique w rozmowie z "Food Service" zdradza kulisy planowanego na październik Festiwalu Wódki i Zakąski.

Transfer Sebastiana Krauzowicza

Jeden z najbardziej znanych szefów kuchni młodego pokolenia zmienił miejsce pracy: z Torunia przeniósł się do Wrocławia.

Aleksander Baron szefem kuchni w nowej restauracji ZONI Adriana Marczewska szefem powstającego bistro WuWu

Aleksander Baron szefem kuchni w nowej restauracji ZONI, a Adriana Marczewska szefem powstającego bistro WuWu

Inne kategorie

Akademia Horeca

Jak budować kartę napojów w restauracji typu fine dining?

Fine dining, jak sama nazwa wskazuje, polega na dostarczeniu gościom restauracji doświadczenia gastronomicznego na bardzo wysokim poziomie.
więcej

Video

Ruch to zdrowie, ale pamiętaj o bezpieczeństwie
Zespół stresu pourazowego – jak zadbać o swoją przyszłość ?
Społeczna odpowiedzialność – myśl o innych
Techniki relaksacji – jak się zregenerować?
Obniżenie nastroju – zrób nowy plan
Lęk przed utratą pracy – jak sobie z nim poradzić?
Konflikty w rodzinie – jak do nich nie dopuścić?
Kontrola – jak jej nie stracić ?
więcej