BĘDZIEMY JEŚĆ ROŚLINNIE
Kategoria: Ludzie

Jej misją jest sprawienie, by jedzenie wegańskie było dostępne na każdym rogu ulicy. Nie jest jednak wojującą weganką, lecz twardo stąpającą po ziemi business woman. Potrafi badać rynek i przepowiadać trendy - przeczytajcie, o czym opowiedziała nam Malka Kafka.

Foto: Zosia Zija i Jacek Pióro
Foto: Zosia Zija i Jacek Pióro
„Food Service”: Czy da się mówić o prowadzeniu restauracji wegańskiej, czy wegetariańskiej bez ideologii? W Polsce temat niejedzenia mięsa jest kontrowersyjny, towarzyszą mu silne emocje. Sama porównywałaś zabijanie zwierząt do holocaustu czy pedofilii.
Malka Kafka: Nawiązujesz do dyskusji w kinie Muranów, która odbyła się po projekcji filmu „Głód mięsa”. Byłam merytorycznie przygotowana na rozmowę o zupełnie innych rzeczach, ale w momencie, gdy jeden z panelistów stwierdził, że „ludzie generalnie lubią mięso i nie można im tego zabierać” – tak niski poziom argumentów spowodował we mnie złość, bo świadczy to o ignorancji. Rocznie zabija się na świecie 60 mld zwierząt, a liczba ta nie obejmuje ryb i zwierząt morskich. W Polsce zabija się 1000 zwierząt na minutę! To jest holocaust. I kiedy ktoś mówi, że „nie można tego ludziom zabierać”, dla mnie zamyka drogę do porozumienia. Reaguję wtedy radykalnie. Nie będę udawać, że mnie to nie porusza. Natomiast w restauracji, którą prowadzę, nie podejmujemy tematu krzywdy zwierząt, walki o ich prawa. Kiedy wchodzi się do Tel Avivu, nie widać żadnej informacji, że to wegańskie miejsce. Co więcej, zdarza się, że goście jedząc Coco Curry, myślą, że jedzą kurczaka. Wierzę, że kiedy ludziom da się prawdziwy wybór, czyli kiedy dobre jedzenie roślinne będzie powszechnie dostępne, wtedy sami zrezygnują ze zjadania zwierząt lub znacznie je ograniczą.

Kiedy siedem lat temu otwierałaś Tel Aviv, od początku nazywałaś go biznesem. Nie mówiłaś: „Kocham gotować, chciałabym dzielić się pasją z ludźmi, dlatego otworzyłam restaurację”. To dość trzeźwe i rzadko spotykane podejście wśród osób z branży. Jak przygotowywałaś się do otwarcia?
Ktoś, kto nie pracuje w gastronomii, myśli, że prowadzenie restauracji polega na gotowaniu i podawaniu jedzenia. Też tak myślałam do momentu, w którym nie przyszli pierwsi goście i nie okazało się, że zabrakło nam produktów. Gastronomia jest bardzo złożonym biznesem. Gdybym wiedziała, jak trudne to przedsięwzięcie, nie podjęłabym się go ponownie. Ale dziś nie wyobrażam sobie pracy gdzie indziej. Jeśli ktoś jest wizjonerem, stworzenie pomysłu, doprowadzenie go do końca i zobaczenie, że podoba się ludziom, stanowi ogromną satysfakcję. Przez ostatnie siedem lat bardzo ciężko na to pracowałam.

Co było najtrudniejsze?
Pierwsze trzy lata, kiedy nie znałam jeszcze gastronomii i borykałam się z wyważaniem drzwi, które były otwarte. Na przykład dowiedziałam się, że nie muszę jeździć sama po warzywa, mogę zamówić u takich dostawców, którzy je dowiozą. Albo że powinnam zatrudniać jako kelnerów ludzi, którzy nigdy nie pracowali w gastro, żeby móc ich wyszkolić po swojemu. Budowanie pozycji pracodawcy, z którym ludzie chcą pracować i pokazać się z jak najlepszej strony, było najtrudniejsze. Także wypracowanie standardowego działania, procedur – żeby codziennie gość był tak samo obsługiwany, jedzenie robione w ten sam sposób. Kiedy otwierałam Tel Aviv, miałam pożyczone z banku 50 tys. zł. Nie wiedziałam, że za tak małą kwotę nie można otworzyć restauracji, ale zrobiłam to. Na szczęście po pół roku dostałam propozycję poprowadzenia programu dla Kuchnia+, a zarobione pieniądze zainwestowałam w lokal. Przejście przez okres krytyczny, żeby miejsce zarabiało wystarczająco dużo, żeby nie trzeba było zajmować się np. sprzątaniem czy robieniem zaopatrzenia, bo ma się od tego ludzi, więc można zająć się rozwojem, jest ważny dla każdego właściciela w ga- stronomii. Wiele osób tego nie wytrzymuje i dlatego ich biznesy upadają. Moja firma prawie zbankrutowała dwa razy i naprawdę stałam na palcach, żeby trzymać nos ponad powierzchnią wody.

W niedługim czasie udało ci się osiągnąć duży sukces. Twoja marka jest w Warszawie numerem jeden, jeśli chodzi o ten segment gastronomii. Gdzie upatrujesz przyczyn sukcesu?
Jest kilka czynników, które decydują o sukcesie każdego biznesu. Na pierwszym miejscu postawiłabym timing – jeżeli rynek nie jest gotowy, pomysł nie wypali. Zanim otworzyłam Tel Aviv, przez rok robiłam biznesplan, byłam w całej Europie – oglądałam miejsca, które otwierały się w Londynie, czytałam raporty różnych zagranicznych firm badawczych, predykcje futurologów, co będzie się działo za 10 czy 20 lat. Powiedziałam: – Musimy otworzyć coś między knajpą a klubem, kawiarnią a restauracją. Spokojnie możemy być wegetariańscy, bo za chwilę to wejdzie do Polski. Cztery lata temu rynek wegański wybuchł i wiedziałam, że się uda. Zdaję sobie sprawę, że dzięki mnie wiele osób odważyło się wejść w ten biznes, przestali się bać, bo mieli Tel Aviv jako punkt odniesienia. Drugim czynnikiem, który świadczy o sukcesie, jest zespół. Wielką sztuką jest nie być samotnym wilkiem, umieć pracować zespołowo. Mam fantastyczny zespół. Mogłabym wyjechać nawet na rok, a firma funkcjonowałaby bez zarzutu, może nawet lepiej, bo nie poddawałabym im ciągle nowych pomysłów.

W Warszawie jest ok. 40 wegańskich knajp, a jak zachęciłabyś restauratorów z mniejszych miejscowości do otworzenia bezmięsnego lokalu? I czy sama otworzyłabyś taki poza Warszawą?
Mam takie plany. Na przykład w Lublinie, o którym zawsze myślałam, że nie wykorzystuje swojego potencjału. Byłam tam rok temu i widzę, że nastąpił przełom. Ludzie otworzyli się i chcą zmieniać miasto. I teraz prosta rzecz: jeśli zakłada się biznes, trzeba wybadać potencjalny rynek. W 2000 r. wegetarianizm czy weganizm deklarowało 1 proc. Polaków, w 2017 już 8 proc. Jeżeli przeliczymy liczbę osób w mieście razy 8 proc., wyjdzie nam, że w Lublinie wegetarianie lub weganie to ponad 27 tys. osób! I oni nie mają miejsca, w którym czuliby się u siebie. Wegańskie knajpy budzą pewne skojarzenia, są trochę jak getto, zamknięte na innych odbiorców. Myślimy, że wegańska knajpa to miejsce dla wykolczykowanych i wydziaranych ludzi w wyciągniętych swetrach. Tymczasem do Tel Avivu przychodzą panie w eleganckich garsonkach, panowie w garniturach. Nie jesteśmy dla „ludzi z getta”, lewackich walczących wegan. Oni nawet nie chcą do nas przyjść, bo w ich oczach staliśmy się kapitalistami, zaprzedaliśmy się! (śmiech) Druga sprawa – jeżeli restauracja podaje etniczne jedzenie i panuje w niej świetna atmosfera, to aspekt wegański dzieje się tylko przy okazji i nie jest głównym wyznacznikiem biznesu. Nikt nie powie: „Tel Aviv jest wegański, więc tam nie pójdę”. Tu jest po prostu fajnie, można zjeść smaczne jedzenie, wypić dobre wino i tak samo będzie w innych miastach.

Nie boisz się, że niedługo nastąpi przesyt wegańskimi knajpami? To moda czy coś więcej?
To długotrwały trend. Badania, o których wspominałam, wskazywały, że ludzie zaczną wybierać dietę roślinną ze względów ekologicznych. Ludzkość musi przejść na żywienie się roślinami, inaczej Ziemia długo nie wytrzyma. Dlatego Dolina Krzemowa przechodzi teraz z badań hi-tech na food-tech. Ludziom trudno pożegnać się ze smakiem i konsystencją mięsa. Start-upy pracują nad tym, żeby stworzyć białka roślinne, które będą miały konsystencję mięsa. To pomoże w przejściu na żywienie się roślinami. Mnie też nie cieszy jedzenie samych kotletów z soczewicy, które są mączyste i suche.

Szefowie kuchni „mięsnych” restauracji denerwują się, kiedy na ich kuchnie coraz częściej spływają zamówienia na dania wegetariańskie, bez nabiału czy glutenu. Dlaczego? Czy to jest wyzwanie stworzyć danie bezmięsne, czy może szefowie mają poczucie, że bez użycia mięsa nie mogą pokazać swoich umiejętności?
To chyba maniera, bo nie uważam, żeby dla dobrego szefa kuchni problem stanowiło przygotowanie dania wegańskiego. Jedno jest pewne – muszą nauczyć się wychodzić poza swoją strefę komfortu. Kiedy robiłam biznesplan Tel Avivu, napisałam, że będzie to miejsce, w którym w menu zaznaczymy składniki alergiczne. Nikt wtedy w Polsce nie myślał o czymś takim! Dziś wymaga tego prawo, ale ja podpatrywałam londyńskie restauracje, gdzie wszystkie produkty były odpowiednio oznaczone. Dlaczego mamy kogoś wykluczać? Zróbmy tak, żeby ludziom żyło się łatwiej. Od początku założyłam, że wszystkie nasze zupy będą bezglutenowe i w tej chwili jesteśmy bezglutenowym miejscem. Goście zaczynają czuć, że jeśli idą do restauracji i wydają pieniądze, to mają prawo dostać jedzenie dostosowane do ich potrzeb. Wszystko opiera się na personalizacji. Ludzie przestali być szarą masą, w którą można wrzucić cokolwiek.

Jak wygląda prowadzenie wegańskiej knajpy od strony finansowej? Warzywa są tańsze niż mięso i tych dań nie można wysoko wycenić – więcej niż 20-30 zł zazwyczaj nie kosztują. Z kolei przygotowanie np. wegańskiego majonezu wymaga czasu i kreatywności.
Widziałam kiedyś dyskusję na forum gastronomicznym o tym, dlaczego wegańskie restauracje są drogie, że takie danie powinno kosztować 15 zł. No, przepraszam, ale 15 zł kosztuje kawa. Mitem jest, że warzywa są tańsze niż mięso. Food cost, który można utrzymać w wegańskiej restauracji, na dobrych produktach, to około 25 proc. Jeżeli chcemy uzyskać ciekawe danie, musimy do niego dodać np. grzyby (stek z grzyba soplówki), a grzyb kosztuje 45 zł za kg, czyli podobnie jak dobrej jakości mięso. Bakłażan zimą kosztuje 20 zł za kg, kg mięsa z piersi kurczaka – 8-10 zł w hurcie. Potrzeba dużej kreatywności, że zrobić dobry kotlet warzywny do burgera – dobrze go przyprawić, a przyprawy też nie są tanie. Znaczącą pozycją w budżecie restauracji jest labour cost, czyli wypłaty dla pracowników. Żeby ktoś mógł normalnie żyć w Warszawie, musi zarabiać 3 tys. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zarabiał mniej, dlatego cieszę się, że u nas większość zespołu zarabia powyżej tej kwoty. Kolejna sprawa to wynajem lokali – w dobrych miejscach czynsz jest wysoki – nieważne, czy sprzedajesz mięso, czy warzywa. Prawda jest więc taka, że jeżeli restauratorzy wegańscy nie podniosą cen, nie będą mieli z czego wypłacać pensji albo będą mieli rotację wśród pracowników, bo będą na nich oszczędzać, co jest oczywiście głupotą. Trzeba więc umieć prowadzić ten biznes oraz zaopatrzyć się w dobry program do zarządzania gastronomią. Wielu restauratorów kupuje takie programy i potem nie korzysta z możliwości, jakie oferują. A można dzięki nim przeanlizować wszystkie dane dotyczące wydatków, sporządzać zestawienia etc., co jest bardzo ważne przy zarządzaniu firmą. Szczególnie jeśli myślimy o wystartowaniu z siecią restauracji.

Gdzie szkolisz swoich pracowników?
Prowadzimy szkolenia wewnętrzne. Mamy zespół menedżerski, stworzony za zasadzie awansów. Pracownicy uczą się kultury organizacyjnej firmy. Jeżeli do niej nie pasują, nie zostaną menedżerami. Już podczas rozmowy kwalifikacyjnej przekazujemy część tej kultury kandydatowi. Mamy opracowane manuale do szkolenia od podstaw. Jest indeks szkoleń, które osoba zaczynająca pracę z nami musi przejść, żeby wejść na salę z tacą. Uczestniczymy też w szkoleniach zewnętrznych. Menedżerowie minimum 2 razy w roku wybierają szkolenia, w których chcieliby uczestniczyć. Ze względu na rozwój franczyzy rozpoczęliśmy stałą współpracę z firmą oferującą regularne szkolenia dla pracowników. Ja zaś szkolę ludzi z kreatywności, chcę, żeby odważnie wyrażali swoje myśli. Jeżeli mają pomysły, to żeby nie bali się mówić o nich otwarcie. Podobnie jeżeli coś im się nie podoba. Właściciele firm boją się słuchać o tym, że pracownikom coś się nie podoba. Jednak wtedy nie zauważają małych rzeczy, które mogliby zmienić, żeby ich biznes lepiej prosperował.

Co masz na myśli?
Na przykład borykaliśmy się w Tel Avivie z tym, że goście długo czekali na danie albo na rachunek, dostawaliśmy z tego powodu wiele negatywnych opinii. Najłatwiej byłoby oskarżyć pracowników o lenistwo. My zebraliśmy się całym zespołem, włącznie z kuchnią i zaczęliśmy zastanawiać, co jest przyczyną długiego czasu oczekiwania. Okazało się, że kolejka przy POS-ie! Rozwiązanie było bardzo proste – drugi ekran. Wiele rzeczy zostało zmienionych z inicjatywy zespołu. To są ludzie, którzy współtworzą to miejsce. Wielu z nich jest z nami od 2-3 lat. W gastronomii to długi staż.

Na szyldzie twojej restauracji pod nazwą Tel Aviv widnieje napis „fine dining”. Wegański fine dining to genialny pomysł, bo takich restauracji nie ma w Polsce. Czy rozwijasz ten koncept?
Gdybym miała drugą markę, zrobiłabym wegański fine dining w 100 proc., ale Tel Aviv jest kochany przez ludzi dlatego, że panuje w nim luźna atmosfera, że można przyjść w piżamie i w kapciach, z psem, z kotem – i czuć się dobrze. Fine dining niesie za sobą ciężar gatunkowy. Dlatego odeszliśmy od tego pomysłu. Wracamy jednak do karty sezonowej, której dania będą estetycznie dopracowane i ładnie podane. To prezent dla naszych kucharzy, którzy ciągle robią falafele. Stworzyłam dla nich możliwość robienia fety sezonowej i dań „z wyższej półki”, żeby mogli się wyżyć kreatywnie. Przy okazji goście też korzystają.

Porozmawiajmy o tworzeniu sieci. Powiedziałaś, że twoim celem jest, żeby wegetariańskie jedzenie było dostępne na każdym kroku. Jakie warunki muszą zostać spełnione w restauracji, żeby była gotowa na ekspansję?
Przede wszystkim wszystko musi być spisane w procedurach. Od podstawowych rzeczy, czyli receptur spisanych w kartach recepturowych, tj. opis przygotowania dania oraz zdjęcia sposobu podania, numery katalogowe naczyń, żeby nikt się nie pomylił i nie podał inaczej. Należy też określić, w jaki sposób gość jest witany i obsługiwany w lokalu. My uczymy nawiązywania relacji z gościem, nie formułek, jakie kelner ma wypowiedzieć. Trzeba też opisać kulturę organizacyjną restauracji. Lokal musi posiadać ujednolicony branding, musi być zrobiona księga znaku. Gdy prowadzi się restaurację, wydaje się, że działamy intuicyjnie. W sieci nie ma miejsca na codzienne nowe pomysły, zmianę planów. Deklarujemy, że taki będzie model biznesowy i tego się trzymamy. Możemy wprowadzać modyfikacje, ale tylko od czasu do czasu.

Czy masz już spisany taki manual?
Tak, mamy podręcznik operacyjny.

I masz pomysł na nową markę.
Tak, Karma Point, nazwa jest już zarejestrowana na Europę. Zamierzam rozwijać dwa formaty.

Dlaczego nie chciałaś tworzyć sieci jedynie pod znaną już nazwą Tel Aviv?
Tel Aviv jest świetnym konceptem na większe miasta. W mniejszych nazwa nas trochę ogranicza. Tel Aviv ma swoją atmosferę, format, o którym ludzie wiedzą, że jest czymś pomiędzy street foodem a restauracją. Tam oczekują lepszej obsługi, ładniejszych naczyń. To elementy interesujące dla grupy wiekowej 25-35, która w tej chwili dorasta do 30-40. Ale nadal niezagospodarowana pozostaje grupa młodszych milenialsów, 18-30-letnia – i ja ich chcę! Jest jeszcze jedna rzecz, w której Tel Aviv nas ogranicza – w typie kuchni. Nie możemy wyjść poza śródziemnomorskie jedzenie. Dziwne, gdyby nagle podać ramen w Tel Avivie. Jest tyle wspaniałego etnicznego jedzenia, z którego nie chcę rezygnować, dlatego stwierdziłam, że zakładam nową markę.

Innym czynnikiem ograniczającym jest nazwa – nie każdemu Tel Aviv kojarzy się tak jak mnie. Nie postrzegam mojego lokalu jako izraelski czy żydowski; widzę go w odniesieniu do miasta ze świetną atmosferą, gdzie ludzie rozmawiają ze sobą, bawią się do późnych godzin nocnych. Jednak dla niektórych osób nazwa ma jedynie żydowskie konotacje, dlatego nie wyobrażam sobie Tel Avivu w miejscach bardziej konserwatywnych. (śmiech) Ale już Karma Point jest neutralna i daje mi więcej możliwości na wprowadzenie dobrego, etnicznego jedzenia wegańskiego.

Czyli kiedy możemy się spodziewać debiutu na rynku?
Najpierw otworzę pierwszą wirtualną restaurację w Polsce – tylko na dostawę, bez stacjonarnego punktu. Ponieważ posiadam kilka lokali, to mam też dużą kuchnię centralną, w której możemy przygotowywać różnego typu jedzenie. Czytam te wszystkie badania rynkowe i np. w Nowym Jorku takie wirtualne knajpy już istnieją, więc ja otwieram Karma Point – pierwszą wirtualną knajpę w Polsce i myślę, że zrobimy to w listopadzie. Na razie zasięg Warszawy, ale planuję też ekspansję na inne miasta.

To będzie franczyza?
Karma Point będzie działała na zasadzie franczyzy, podobnie jak Tel Aviv, pod którego marką mamy obecnie trzy punkty franczyzowe.

Jakie są warunki wejścia?
Żeby otworzyć mniejszy punkt Tel Avivu, trzeba dysponować budżetem w wysokości 150 tys. zł, większy (około 50 gości) – 300 tys. My dajemy wsparcie marketingowe, model biznesowy, przepisy i dostawy części jedzenia z kuchni centralnej. Świeże rzeczy muszą być robione na miejscu. Nabywca franczyzy zajmuje się wszystkimi czynnościami związanymi z otwarciem, a potem prowadzeniem lokalu, ale otrzymuje od nas maksymalne wsparcie. Mamy duży zespół, który może w każdej chwili reagować.

Angażujesz się jakkolwiek w lokale swoich partnerów?
Odwiedzam, sprawdzam, ale też pracuję z partnerami nad tym, żeby zarazili się określoną kulturą prowadzenia biznesu i gastronomii. To jest najtrudniejsze, tego nie da się opisać w manualu. Służyć innym, opiekować się ludźmi, cieszyć się, gdy przychodzą – te umiejętności trzeba mieć w sobie. To trudne zadanie we franczyzach, dlatego widzimy niewiele konceptów sieciowych, które są klimatyczne. Ale my znaleźliśmy na to sposób. Menedżerowie punktów muszą spędzić z nami co najmniej miesiąc, pracować u nas, przesiąknąć klimatem. Wtedy stają się tacy jak my – zakochani w tym, co robimy.

Wspominałaś kiedyś, że chcesz stworzyć swoją linię produktów spożywczych.
Owszem, pracuję nad tym poważnie. Tak jak powiedziałam na początku, chcę, aby jedzenie wegańskie było dostępne na każdym rogu ulicy, wtedy ludzie będą mieli wybór i będą mogli zdecydować: „tak, chcę jeść roślinnie”. Niestety, w domach często nie wiedzą, jak przygotować ciekawy i urozmaicony posiłek wegański. Dlatego chcę, żeby mogli wejść do sklepu, kupić gotowy kotlet, który będą mogli obsmażyć, dodać surówkę i mieć bardzo dobry obiad. Wiem, że muszę szybko wdrożyć mój pomysł w życie, bo za chwilę gotowe dania będą mainstreamem, już mnóstwo firm je robi. Mam do tego projektu dobrych partnerów – powstał start-up foodtechowy, który we współpracy z profesorami z SGGW zajmuje się przetwarzaniem białka rzepakowego, żeby miało „mięsną” strukturę. Zaproponujemy takie kotlety, że wszyscy będą chcieli je jeść.

Chętnie angażujesz się w działania CSR, niedawno była to akcja Makro „Nie marnuję, pakuję”. Czy widzisz jej efekty?
W Warszawie pakowanie jedzenia na wynos jest bardzo popularne i normalne. Pamiętam z dzieciństwa, że to był wstyd poprosić o pudełko, chociaż jedzenia zostawało bardzo dużo. Sama od dawna proszę obsługę restauracji o pakowanie dań, nie jest to dla mnie obciachem. Goście oczekują od restauracji, że porcje będą „amerykańskie”, niektórzy są w stanie je zjeść, choć to bardzo niezdrowe, inni zostawią połowę. W Tel Avivie nie mamy dużych porcji. To rodzaj odwagi ze strony restauracji. Goście nie zostawiają wiele, my nie wyrzucamy jedzenia.

Czy są inne przykłady działań prozdrowotnych lub ekologicznych, które wdrażasz w swoich lokalach?
Tak, np. rok temu jako pierwsza restauracja w Polsce zrezygnowaliśmy z cukru. Inicjatywę przeprowadziliśmy z Fundacją „Szczęśliwi bez Cukru”. Jeśli gość poprosi o cukier, to na własną odpowiedzialność może dosłodzić danie czy napój, ale sami nie dodajemy go do jedzenia. Ciasta słodzone są ksylitolem lub erytrolem. Koncentrujemy się więc na tym, żeby dbać o naszych gości, nie podawać im cukru, nie futrować ich, mieć wina ekologiczne. Chcę sprawić, żeby jedzenie roślinne było dostępne dla każdego – to jest moja misja, mój CSR.

MALKA KAFKA
Imię i nazwisko: Malka Kafka
Data i miejsce urodzenia: 11.12.1970 r., Gdynia
Stanowisko: właścicielka Tel Aviv Urban Food
Najważniejsze osiągnięcia: to, że żyję w zgodzie ze sobą


TEL AVIV ul. Poznańska 11 w Warszawie
Rok założenia: 2010
Liczba restauracji pod tą marką: 2 (własne) + 2 (we franczyzie)
Liczba miejsc: 50
Liczba kelnerów: 12
Liczba kucharzy: 5
Liczba win w karcie: 8
Oferta lunchowa: danie dnia + zupa + napój – 25,90 zł
Średni rachunek: 37 zł/os.
Najpopularniejsze danie: mezze taca – 26,90 zł, pita falafel z wedgesami i dodatkami – 24,90 zł

Autor tekstu: Agata Godlewska
O AUTORZE
Agata Godlewska
Redaktor naczelna magazynu „Food Service” oraz portalu Ouichef.pl. Magister kulturoznawstwa w SWPS. Przygodę z branżą gastronomiczną rozpoczęła blisko 10 lat temu pod okiem Macieja Nowaka. Autorka niezliczonej ilości wywiadów z najważniejszymi polskimi szefami kuchni i restauratorami. Współtworzy i prowadzi coroczną konferencję Food Service Summit.
Zobacz także
Maciej Mazur Barmanem Roku World Class

Po raz pierwszy w historii, tytuł Barmana Roku World Class Poland zdobył reprezentant Krakowa - Maciej Mazur. Do tej pory dominację w krajowych finałach utrzymywali barmani ze stolicy. Zwycięzca wyjedzie na światowe finały w Szkocji.

Michał Gniadek nowym szefem kuchni restauracji Zoni

Zwolnione przez Aleksandra Barona stanowisko szefa kuchni w restauracji Zoni obejmuje Michał Gniadek, utalentowany i utytułowany kucharz młodego pokolenia.

Bogdan Gałązka: orkisz niejedno ma imię

O orkiszu i kuchni średniowiecznej rozmawiamy z Bogdanem Gałązką, ekspertem marki Orkisz, szefem kuchni Gothic Restaurant na Zamku w Malborku, doktorantem UMK w Toruniu piszącym rozprawę pod kierunkiem profesora Jarosława Dumanowskiego o kuchni Jana Szyttlera.

W KUCHNI TRZEBA KREOWAĆ RÓWNIEŻ EMOCJE

Marka S. Pellegrino postawiła na promocję młodych szefów kuchni, ponieważ wierzy, że mają oni szansę zbudować lepsze jutro - nie tylko w kuchni. O kulisach konkursu S. Pellegrino Young Chef oraz o tym, czy warto w nim wystartować, w rozmowie z "Food Service" opowiada Marcin Popielarz.

KULINARNO-ARTYSTYCZNY SPEKTAKL

Po 300 latach do warszawskiego pałacu Na Wyspie w Łazienkach wracają Obiady Czwartkowe. Kiedyś wydarzenie dla elit i arystokracji, dzisiaj ma szansę zgromadzić wokół siebie osobistości z całego świata. O łączeniu kulinariów, muzyki i malarstwa rozmawiamy z organizatorami.

NIE ZAWSZE CHODZI O FINE DINING

Na świecie jest wiele miejsc, w których można świetnie zjeść. A my chcemy o nich opowiedzieć innym. Pizza też może być wspaniała, kebab też może być wspaniały. Nie zawsze chodzi o fine dining - mówi nam Joe Warwick, pomysłodawca i twórca The World Restaurant Awards.

inne kategorie
akademia horeca
Skuteczna ekspozycja i zatowarowanie restauracji Dbanie o odpowiedni kontakt wizualny, zagwarantowanie priorytetu produktom najważniejszym z punktu widzenia klienta, dyskretne oznakowanie jakości oferty to droga, która doprowadzi do zwiększenia sprzedaży i zysków.
więcej
Video
Food Service Summit 2019 - relacja II
Food Service Summit 2019 - relacja
Food Service Summit 2019 - Nabo, Talerzyki
Food Service Summit - Cool Cat
Food Service Summit 2019 - Ale Wino
Zapowiedź Food Service Summit 2019 - Tadeusz Müller
Zapowiedź Food Service Summit 2019 - Marta Glinka & Joanna Mróz
Zapowiedź Food Service Summit 2019 - Natalia Drobnik & Dawid Kaźmierczak
Zapowiedź Food Service Summit 2019 - Agnieszka Kręglicka
Food Service Summit 2018 - relacja
KARTA NAPOJÓW - ODCINEK 6
KARTA NAPOJÓW - ODCINEK 5
więcej